XI MFPMR Bytom 15-16.3.2014

Być w Bytomiu i nie zjeść schabowego z modrą kapustą, to jak pojechać do Paryża i nie widzieć krzywej wieży… Czy jakoś tak… W każdym bądź razie pierwsza wzmianka o schabowym pojawiła się w okolicach wyjazdu z Warszawy i przewijała się przez całą podróż i pobyt na terenie Silesii.

Pakowanie modeli w deszczu poszło szybko i sprawnie, i tutaj muszę pochwalić Damiana – po raz pierwszy dostarczył modele porządnie zabezpieczone i spakowane w jedno pudło.

Trasa do Bytomia przebiegła w miłej atmosferze – w strugach deszczu i gradu Ostach popierdalał swym wehikułem jak mała motorówka, a rozmowy o modelach i oczekiwaniach co do konkursu przerywały błagalne westchnięcia o schabowego.

Co prawda znajomość topografii Bytomia i umiejętność czytania mapy pozwoliła nam trafić do celu bezbłędnie, lecz nadaremno wypatrywaliśmy znaków drogowych ze wskazówkami dojazdowymi na konkurs, którymi byliśmy zachwyceni podczas poprzedniej edycji. Za to wjazd na Szombierki dumnie oznaczony był billboardem reklamującym XI. Międzynarodowy Festiwal Modelarski – zrobił na nas wrażenie.

Zacumowanie zajęło Ostachowi bagatela 15 minut – bynajmniej nie z powodu braku umiejętności podchodzenia do nabrzeża – rozmach i ranga konkursu w Bytomiu ściąga naprawdę tłumy i poszukiwanie miejsca parkingowego chwilę nam zajęło. Za to radości z powitań i wymiany serdeczności z pozostałymi uczestnikami festiwalu nie było końca.

Po wejściu na halę… opad szczeny… stołów więcej niż rok temu, modeli też, jak się później okazało – pobity kolejny rekord w ilości zaprezentowanych miniatur. Podlatuje wyszczerzony Chrupek i nakierowuje nas na rejestrację. Wszystko szybko i sprawnie – podać nazwisko, odebrać kopertkę a potem najtrudniejsze – dotrzeć do stołów i ustawić modele. Z racji rozreklamowania imprezy – tłum nieprzebrany, ciężko między stołami się przeciskać bo każdy chce wszystko zobaczyć, każdy się czai z aparatem, a aparacie paski dyndają niebezpiecznie blisko modeli.

Od przyjazdu w okolicach południa przez dobre 5 godzin łaziliśmy po hali oglądając modele i buszując na giełdzie, a i tak nie byliśmy w stanie obejrzeć wszystkich modeli. Przy okazji wizyt na stoiskach klubowych odświeżaliśmy znajomości i agitowaliśmy ulotkami Warszawskiej Fiesty Modelarskiej.

Reakcje były bardzo pozytywne, pytania o termin i pochwały miejsca oraz deklaracje przyjazdu. Co prawda rozmachem daleko nam jeszcze do Bytomia, ale będzie trzeba przyszykować więcej stołów.

Ostach, jako autor plakatów i ulotek miał takie parcie na rozreklamowanie Fiesty, że wymógł na nas oblecenie parkingu i powtykanie ulotek za wycieraczki… a szczytem kampanii reklamowej WFM była jego wspinaczka i zatknięcie ulotki za wycieraczką SKOTa.

Raj dla modelarzy jest jednocześnie piekłem dla modelarskich portfeli… Giełda jak zwykle dopisała, a wśród nowości można było wyszukać zabytkowe perełki. Naszą uwagę przykuły zaginarki do elementów fototrawionych i zestawy do wybijania nitów i śrub z RPTOOLZ. Po dłuższym zachwycie – krótkie negocjacje i wszyscy są szczęśliwi (przyznaję się, że do tej pory nie zdążyłem przetestować swojej zaginarki).

Małe zakupy zrobiłem również na stoisku z farbami – nowa marka farb akrylowych oferowała dosyć ciekawe zestawienia kolorów w wersji pod pędzel i do aerografu, a do ostatecznego zakupu skusiły mnie firmowe krówki z logo lootpile.eu.

Głodni wrażeń i z pustymi żołądkami postanowiliśmy się posilić, lecz oblegany „sklepik szkolny” oferujący co najwyżej podgrzaną w mikrofali zapiekankę skłonił nas do skierowania kroków nieco dalej. Razem z przedstawicielami grupy TOMCATSKY udaliśmy się do zareklamowanej przez organizatorów kebabowni… I to był błąd… Naburmuszone dziewczę, będące hybrydą kelnerki, kucharki i pani Jadwigi z baru mlecznego (ah… ten zarost) obdarzyło nas niechętnym spojrzeniem i z rezygnacją przystąpiło do spisywania zamówień. Nie mam pojęcia w jakim celu, gdyż nasze prośby odnośnie składu potraw nie zostały uwzględnione, nie mówiąc już o oczekiwaniach co do gabarytów oraz smaku posiłku.

Nadal pragnęliśmy schabowego… (no może nie wszyscy, niektórzy zadowolą się byle czym…) lecz powróciliśmy na halę kontynuować rajdy po giełdzie oraz wśród stołów konkursowych. Nogi właziły nam w miejsce, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę więc postanowiliśmy udać się w miejsce spoczynku. Początkowy entuzjazm Ostacha na widok kamienicy z luziowymi nadprożami i parapetami osłabł, gdyż jest to typowe malowanie familoków, a nie oznaczenie domu uciech. Mimo wszystko z lekką niepewnością zadokowaliśmy w noclegowni mając w pamięci scenariusze serii „Hostel”. Trafił nam się luksusowy apartament z 5 łóżkami, tv kablową i dostępem do wifi, którego nikt nie łapał (ja złapałem – przyp. Ostach). Zrzuciliśmy z siebie ciężar dnia po czym ruszyliśmy na rynek w celach konsumpcyjnych. Ponieważ nie mieliśmy odwagi wejść do mordowni, w której biesiadowaliśmy rok wcześniej z autochtonami – udaliśmy się (w końcu!!!) na schabowego z modrą kapustą do niewielkiej knajpki. Lokalizacja była już przetestowana więc wiedzieliśmy, że za 8,99 dostaniemy dokładnie to czego szukamy… Tia… akurat… Jak ktoś ma pecha to i w d*pie palec złamie… Schabowy jest… zamiast kapusty buraczki… No wizualnie prawie można było dać się oszukać. Piwo było na miejscu, więc rozmowy przy kotlecie przeciągnęły się do 23ciej kiedy to przesympatyczna kelnereczka poinformowała, że kuchnia już niestety zamknięta (odmówiła też Fazzy’emu trzeciego kotleta – przyp. Ostach) i zaraz zamykają lokal. 4 godziny wspólnego biesiadowania wypełniły wspomnienia konkursów, modelarzy i pamiętnych modeli, a o ich efektach niedługo poinformujemy w zapowiedziach drugiej edycji WFM (pozdrowienia dla Kamila z Łodzi – przyp. Ostach).

Pobudkę w niedzielny poranek zainicjowały trzy czerwone serie nad tamą czyli „Czterej Pancerni i Pies” w telewizornii, a widok rosyjskich czołgów w kamuflażu, z balkenkreuzami i z lufą na podporze szybko nas otrzeźwił. Powstał nawet niecny plan wykonania takiego modelu wraz z załączeniem kadrów filmowych jako dokumentacji, ale to mimo wszystko nie nasze kółko zainteresowań i dalej będziemy tłukli schwabenpanzery (ja tam wolę samoloty w 1:48 – przyp. Ostach).

Drugi dzień festiwalu przyniósł jeszcze więcej emocji. Na stołach można było już znaleźć oznakowane wyróżnieniami modele. Część z nich widzieliśmy już w sobotę i szykował się niemały skandal modelarski na skalę krajową. Planowaliśmy rozkręcić bardachę ale na szczęście karta startowa pod dioramą Damiana została wydrukowana ponownie i wszelkie ślady pieczątki z wyróżnieniem zniknęły z niej bezpowrotnie. Pozostałe werdykty sędziowskie satysfakcjonowały nas na tyle, że z powodu bolących kończyn dolnych zasiedliśmy na trybunie i grzecznie oczekiwaliśmy zakończenia imprezy. Przy okazji uniknęliśmy tłumu, który kłębił się przy stołach i pakował swój dobytek.

Samo zakończenie imprezy trwało straaaasznie długo, ale jest to zrozumiałe ze względu na liczbę modeli, liczbę wyróżnień i nagród specjalnych, a najdłuższe zdanie świata zaczynające się od słów „a oto nasi sponsorzy…” o dziwo zostało skrócone do minimum. Emocje towarzyszyły odczytywaniu nagrodzonych przez cały czas, ale prawdziwą burzą braw został nagrodzony młodzik, który po odebraniu dyplomu i medalu wskazał palcem na leżące na stole pudła z modelami i… wrócił na miejsce bogatszy o nagrodę rzeczową 😀 (negocjować trzeba zawsze i wszędzie 😛 – przyp. Ostach)

Po zakończonej ceremonii odsiedzieliśmy jeszcze chwilę na trybunach ciesząc ręce i oczy zdobytymi trofeami po czym zabraliśmy swoje prace z opustoszałych już stołów. Podziękowania i pożegnania przeplatały się z deklaracjami spotkań na najbliższych imprezach modelarskich w innych zakątkach kraju. Łez nie stwierdzono.

Z racji skąpego śniadania planowaliśmy stanąć gdzieś na popas. Wybór padł na podupadły zajazd gdzieś przed Częstochową i… trafiliśmy w dziesiątkę! Schabowy z ziemniakami i surówki. Noszkrówa! Najwyższy czas! Tak rewelacyjnego kotleta dawno nie jadłem. A że Ostach i Bartek niemrawo zabawiali się z zawartością talerzy – zdążyłem obskoczyć jeszcze deser… czyli drugiego schabowego i górę modrej kapusty.

Usatysfakcjonowani posiłkiem, walcząc z ogarniającą nas sennością po jakże zacnym posiłku wyszliśmy na deszcz i skacząc między kałużami przykleiliśmy na bagażnik ekipy z Inowrocławia nalepkę promującą wędkarstwo elektryczne po czym wcisnęliśmy gaz do dechy. Po wyjechaniu z województwa w którym piździ, pogoda zmieniła się momentalnie i przez pozostałą część trasy towarzyszył nam la Luna del Cacciatore.

Po festiwalu w Bytomiu strat w modelach nie stwierdzono. Dziękujemy i zapraszamy do nas.

Zdjęć nie mam, a dyskusje odnośnie sędziowania i tego co kto komu i w co może wsadzić są na forach 😛 (zdjęcia będą moje 😛 – przyp. Ostach).

FAZZY_bez_humoru

Reklamy

...

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s