…neun, zehn… Grenadier wieder!!

Podobno jak nic się nie dzieje, nic nie zginie, nic nie zepsują, nikt nie rzyga przez balkon, sąsiadów nie zaleje ani policji nie wezwie… to jak by imprezy nie było…

No więc się działo, było i strzelało – nawet głośno, organizatorom zajebazginął szablon z logo imprezy, Kubuś nie chciał odpalić, była i Policja i Milicja, a nawet dwie straże, namioty balkonów nie mają, a o tym kto komu obozowisko zalał filtrowanym piwem wspominał nie będę. Jednakże okrągły X konwent gier strategicznych GRENADIER się odbył, co niewątpliwie wszyscy odwiedzający, obserwujący, uczestniczący i organizujący miło wspominać będą.

Tak jak rok wcześniej, przed zbliżającą się WFM postanowiliśmy wbić się na jakąś szerzej rozreklamowaną i obleganą imprezę, polansować się i porozdawać trochę ulotek. Dzięki uprzejmości głównego sprawcy Grenadiera – Tomka Kowalczyka, znalazło się dla nas miejsce i dach nad głową, co by na modele nie kapało, na terenie Muzeum X Pawilonu Cytadeli Warszawskiej. A „trochę” ulotek przekroczyło lekko licząc ponad 700 sztuk, które przez oba dni chętnie brali prawie wszyscy obecni na konwencie deklarując wizytę na WFM.

Chociaż lokalizacja była inna niż rok wcześniej, a Grenadier z Fortu Bema wrócił na Cytadelę, na miejscu zameldowaliśmy się o czasie. Czekał na nas podwójny namiot, wystarczająca liczba stołów i krzeseł w nader strategicznym punkcie – naprzeciwko punktu gastronomicznego 🙂 Rzut okiem na sąsiadów i lekkie zorientowanie się w topografii terenu zaowocowało radością i zadowoleniem z przydzielonej miejscówki więc bez narzekania przystąpiliśmy do rozładunku. Z racji ograniczeń ładowności pojazdów transportowych byliśmy w stanie zaprezentować tylko niewielką część dorobku modelarskiego. Zapełniliśmy więc jeden ze stołów fantami znanymi szerszej publiczności z konkursów modelarskich, a na drugim rozłożyliśmy warsztat licząc, że będzie chwila na skrobanie plastiku. Jakże płonne okazały się nasze nadzieje… Zainteresowanie modelami i Fiestą spadało tylko na czas inscenizacji. W sobotę nie przeszkadzał w tym nawet padający od czasu do czasu deszcz, a niektórzy zwiedzający pojawiali się przy naszym namiocie wielokrotnie. I wcale nie dlatego, że cofnęliśmy stoły w głąb namiotu, żeby na oglądających nie kapało.

Było nam również szalenie miło, z powodu ilości aparatów wycelowanych w nasz dorobek i ciągłych pytań o możliwość robienia zdjęć. Jeżeli w przyszłym roku taka sytuacja będzie się powtarzała to zaczniemy pobierać od każdego jakąś niewielką sumę, a ze zgromadzonych środków z powodzeniem sfinansujemy kolejną WFM.

Oczywiście najwięcej emocji nasza wystawa wzbudzała wśród przedstawicieli młodszego pokolenia. Cieszy to niezmiernie, gdyż bezbłędnie rozpoznawali oni nazwy prezentowanych pojazdów co świadczy o zainteresowaniu i znajomości tematu. Niestety nie wszystkim było dane bliżej zapoznać się z naszym zacnym hobby. Obecny na Grenadierze malec, którego aparycja przyozdobiona aparatem korygującym uzębienie przypominała 8-go pasażera Nostromo, ciągnął zaciekawiony w naszym kierunku , jednakże królowa matka przywołała go do porządku szarpnięciem ręki i pogardliwym „tu są tylko jakieś sklejanki”. Cóż… pozdrawiamy i życzymy rychłego spotkania z przedstawicielem rasy predatorów.

Co do punktu gastronomicznego, cóż… był jeden, więc nie było wyboru… Na temat wojskowej grochówki wypowiadałem się już rok temu, więc nie ryzykowałem. Tym razem wybór padł na coś, co trudno spieprzyć… czyli najprostsze możliwe danie – kiełbasę z grilla. Cena wydawała się przyzwoita, lecz rozmiar okazywał się nikczemny. W przeliczeniu wychodziła złotówka za centymetr słabo zgrillowanej kiełbasy, więc nawet gdy gratis dorzucili bułkę oraz kapkę czerwonego i żółtego mazidła, chcieli zbyt wiele. Mimo to ogonek do tego przybytku był długi, wijący i mięsożerny, szczególnie w okresach poinscenizacyjnych kiedy mundurowi wszelkiej maści przychodzili bratać się nad talerzem. Tylko dystyngowany kierowca Adlera, wierna kopia Hansa Goeringa z „Allo allo”, trzymał się na dystans od całej frontowej hołoty i kiedy się rozluźniło przyszedł zapoznać się przy kawie z atrakcjami nadchodzącej WFM.

Niestety w tym roku nie dopisał sprzęt ciężki, którego w Forcie Bema było znacznie więcej. Mimo to GRH stanęły na wysokości zadania, wypadły bardzo naturalnie, a niektórzy wczuli się w rolę aż za bardzo. Jeden z powstańców pod ostrzałem upadł na bruk po czym wyciągnął saperkę i próbował się okopać – taa… powodzenia chłopie… jak by Cię pobratymcy z pola walki nie wynieśli to dalej byś saperką kamienie tłukł.

Cała ekipa WFM współczuła również jednemu z żołnierzy Legio Adiutrix, których mieliście okazję poznać na ostatniej Fieście. Jak przystało na prawdziwego rekonstruktora wiernie odwzorowującego macierzystą jednostkę zasuwał ubrany w kusą tunikę i na dodatek boso. Nie wiemy jak sobie radził w tłumie między wojskowymi podkutymi butami, ale jakoś cieplej nam się na sercu zrobiło, kiedy w deszczowe popołudnie przycupnął naprzeciwko nas owinięty rzymskim płaszczem i rozgrzewał się grochówką – jak widać na zdjęciu, jemu smakowała.

I powiem wam jeszcze, że inscenizacje inscenizacjami, ale prawdziwe ciężkie walki rozgrywały się już po nich… Kiedy opadał bitewny pył, a przedstawiciele GRH schodzili z pola bitwy młodzi militaryści i zbieracze pamiątek przeskakiwali przez barierki nie bacząc na krzyki i zakazy ochroniarzy i lecieli wydłubywać spomiędzy kocich łbów łuski. Owszem, też mam kilka… i nawet podzieliłem się z Bartkiem.

A reszta wrażeń na zdjęciach:

Tekst: FAZZY_bez_humoru

Zdjęcia: Cargo, Damian, FAZZY_bez_humoru, Darek B.

Reklamy

...

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s