Archiwum kategorii: FAZZY_bez_humoru

Modele Fazzy’ego

Ale skąd w ogóle cała ta Fiesta w Warszawie?

Na blogu Modelstory.pl ukazał się wywiad z Fazzym, na temat początków Fiesty oraz ogólnie modelarstwa.

 

Skąd pomysł na festiwal modelarski w Warszawie?

Pomysł akurat wyszedł od Darka (jeden z organizatorów). „Poznaliśmy się”… to za dużo powiedziane. Kiedyś Damian potrzebował jarzma do Tygrysa, dał ogłoszenie na forum a ja miałem takowe na zbyciu…

 

więcej na blogu Modelstory.pl

Reklamy

Flammenwerfer voran! – 1:35

Artyleria to jeden z najstarszych rodzajów wojsk, mogący działać samodzielnie lub przy współpracy z innymi formacjami. Wraz z rozwojem techniki na przełomie XIX i XX wieku rosła jej skuteczność, wspierana przez służby pomiarowe, systemy rozpoznania, kierowania ogniem itp.

Pierwotnie standardowym system walki była bezpośrednia wymiana ognia między wrogimi siłami, a stanowiska artyleryjskie współpracowały ze specjalnie przeszkolonymi zespołami obserwatorów oraz łącznościowców. Jednakże coraz większa skuteczność broni oraz wzrost śmiertelności wśród obserwatorów zmusiły inżynierów do wymyślenia skuteczniejszych metod podglądania działań nieprzyjaciela.

 Już w drugiej połowie XIX wieku armie największych państw Europy Zachodniej posiadały na wyposażeniu armii balony obserwacyjne. Wypuszczane na uwięzi na wysokość kilkuset metrów pozwalały na obserwację działań wroga ponad linią frontu. Jednak początkowa konstrukcja kulista miała poważną wadę – tendencję do obracania się na wietrze. Podwieszona gondola była przez to wyjątkowo niestabilna, co nie tylko uzależniało możliwość użycia od warunków pogodowych, ale utrudniało samą obserwację, pomiary oraz powodowało u załoganta chorobę lokomocyjną.

 W 1986 roku August von Parseval i Hans Bartsch von Sigsfeld, po 3 latach eksperymentów z balonami sferycznymi zaprojektowali nowy, aerodynamiczny kształt. Zaokrąglona i zamknięta na obu końcach tuba o objętości kilkuset metrów sześciennych wodoru została początkowo wyposażona w boczne stateczniki, a napór wiatru stabilizował ją ustawiając ze wzniesioną czaszą pod kątem 30-40 stopni. Dalsze prace przyczyniły się do zastosowania balonetów. Zawinięte wokół tylnej czaszy balonu, z otworami na obu końcach, umożliwiały swobodny przepływ wiatru jednocześnie stabilizując całą konstrukcję. To właśnie z tego powodu balon obserwacyjny Parseval-Sigsfeld został powszechnie nazwany Drachenballon czyli balon – latawiec. Jednakże ze względu na cylindryczną konstrukcję z zaokrąglonymi końcami po brytyjskiej i francuskiej stronie konfliktu funkcjonowała bardziej potoczna nazwa – Sausages i Saucisse czyli „kiełbaski”.

 Służba obserwatora artyleryjskiego nie była łatwą służbą. Przede wszystkim z efektywnością uzależnioną od sprzyjającej aury, bez zbytniej możliwości opuszczenia posterunku w razie potrzeby, z kilkuset metrami sześciennymi łatwopalnego gazu nad głową, stanowiącymi świetny cel widoczny z kilkunastu kilometrów. Z tego powodu balony były wypuszczane na uwięzi poza zasięgiem ognia nieprzyjacielskiej artylerii, w odległości 3-5 km od linii frontu. Skuteczność obserwatora zależała więc tylko od jego umiejętności oceny odległości i podawania koordynatów. Wyposażony w zestaw bezprzewodowy do kontaktu ze służbą naziemną, lornetki i lunety dalekiego zasięgu przekazywał informacje o ruchach wojsk i ich działaniach na froncie oraz podawał namiary na strategiczne cele.

 Pojawiające się na horyzoncie balony obserwacyjne nie uszczęśliwiały swym widokiem załóg okopów i stanowisk artyleryjskich. Zsyłając z nieba grad pocisków pozostawały jednocześnie poza zasięgiem wpływając na przeciwnika deprymująco i podważając jego morale. Chociaż bezpośrednim zagrożeniem były dla nich samoloty nieprzyjaciela nie stanowiły jednak łatwego łupu. Podwójna powłoka poszycia sprawiała, że nie chciały się zbyt szybko zapalać, a cenne życie obserwatorów dodatkowo chroniły spadochrony, w które od 1915 roku rutynowo wyposażano gondole.  W przypadku dostrzeżenia zagrożenia balony były po prostu ściągane na ziemię, a dobrze rozstawiona artyleria przeciwlotnicza nie pozwalała na ich skuteczne likwidowanie. Jedynie podejście na wysokim pułapie oraz lot nurkowy w kierunku balonu umożliwiał pomyślny atak, a jego zestrzelenie punktowano na równi z posłaniem w dół wrogiego samolotu. Jednak na około 4000 Drachenbalonów wyprodukowanych i dostarczonych do armii niemieckiej do końca wojny udokumentowano zestrzelenie 241 co nie jest zbyt chwalebnym wynikiem.

 Oprócz zapaleń i zestrzeleń balonów obserwacyjnych odnotowano też kilka strat w wyniku zerwania się z uwięzi. Przy niesprzyjającym wietrze kompletnie niesterowna konstrukcja mogła zostać zniesiona nie tylko w pole nieprzyjacielskiego ostrzału ale także przelecieć nad linią frontu. Tam osłabiona przez pociski powłoka uwalniała coraz więcej gazu powodując opadanie i lądowanie na terytorium wroga. Załoga gondoli, jako niezbyt lubiana przez przeciwną stronę konfliktu nie mogła się liczyć ze zbyt ciepłym przyjęciem jak to zdarzało się w przypadku zestrzelonych pilotów.

W takim przypadku jedyną szansą dla obserwatora była ucieczka w kierunku własnych pozycji. Niejednokrotnie zdarzało się, że pomoc wychodziła mu naprzeciw i dochodziło do bezpośrednich starć na ziemi niczyjej lub w okopach.

 Właśnie taką sytuację postanowiłem zaprezentować na dioramie zatytułowanej „Flammenwerfer voran”. Wielka Wojna nie jest zbyt częstym tematem, szczególnie wśród modelarzy wykonujących dioramy. O ile na rynku znajdziemy ogromną ofertę samolotów w każdej z popularnych skal, tak w kwestii pojazdów i figurek odczujemy pewien niedosyt. Skala 1/35 jest wg. mnie najbogatsza pod tym względem i dlatego zdecydowałem się właśnie na nią.

 Po przeanalizowaniu pomysłu i zgłębieniu ogólnodostępnej dokumentacji w internecie (www.landships.com) dokonałem pierwszych obliczeń i pomiarów. Głównym obiektem na dioramie miał być oczywiście Drachenballon. Jednak chwilowo zagadką pozostawała kwestia zamocowania go do podstawy. Przypomniałem sobie wygląd dioram przedstawiających różne maszyny w locie i chociaż warsztatowo wykonane były perfekcyjnie, najsłabszym ich punktem było właśnie zamocowanie modelu do podstawy. Każdy samolot musiał mieć, czy to w podwoziu czy na skrzydle punkt styczności, który, chociaż możliwie naturalnie zamaskowany, jednak rzucał się w oczy. W przypadku opadającego balonu miałem pewne ułatwienie – mógł już częściowo znajdować się na ziemi, jednak postanowiłem uchwycić jeszcze moment lotu. Zdecydowałem, że punktem styczności między balonem, a konkretnie jego powłoką i gruntem będzie drzewo, jedno z niewielu, jakie miały szansę pozostać w pobliżu linii okopów w czasie wojny pozycyjnej.

 Czaszę balonu postanowiłem wykonać z ekstrudowanej pianki polistyrenowej czyli styroduru. Materiał ten doskonale sprawdza się w modelarstwie łącząc lekkość styropianu z jednolitą strukturą – obróbka wstępna jest możliwa zwykłym nożem, a brak kuleczkowej struktury umożliwia szlifowanie. Przy pomocy wikolu skleiłem 11 styrodurowych krążków nieznacznie je przesuwając by uzyskać efekt ugięcia podłużnego kształtu. Obłości na obu końcach wstępnie wymodelowałem nożem segmentowym, a papierem ściernym wygładziłem zaokrąglenia. Ponieważ całość miała zostać umieszczona na stelażu zatopionym na stałe w podstawie, całą długość balonu przeszyła mosiężna rurka o średnicy wewnętrznej 5mm. Ponieważ w zamyśle czasza balonu miała opierać się o konar drzewa, wykonałem w niej stosowne ugięcie, którego środek wyznaczał mosiężny otwór. Ze styroduru wykonałem również większą część balonetu, którego dolny wlot powietrza powstał z tektury.

W celu odwzorowania struktury płótna posłużyłem się taśmą malarską, a jej łączenia zakryłem imitacją szwów między poszczególnymi segmentami powłoki. Obszycie wzdłuż balonu, do którego mocowane były naciągi i uprząż gondoli powstało z potrójnie plecionego szpagatu. Wszystkie te elementy połączyłem klejem cyjanoakrylowym po uprzednim zaimpregnowaniu sidoluxem.

 Najtrudniejszym do wykonania elementem był łącznik pomiędzy balonem a podstawką. Drzewo musiało być odpowiednio wytrzymałe, sztywne i zawierać jednocześnie mosiężną rurkę o średnicy zewnętrznej 5 mm. W ten sposób, po nasunięciu jednej rurki na drugą otrzymałem wytrzymałe połączenie bez użycia kleju. Było to ważne w fazie prób montażowych, gdyż przewidywałem późniejsze trudności z malowaniem mniej dostępnych miejsc. Po wstępnym ukształtowaniu rurki zacząłem ją usztywniać w miejscu zagięcia w pniu drzewa. Stalowe druty wyciągnięte ze sfatygowanego parasola zostały ze sobą związane a następnie połączone masą milliput. Całość pokryły ręczniki papierowe nasączane wikolem. Na tym etapie zacząłem formować pozostałości korony drzewa. Gałęzie wykonałem z zasuszonych korzeni, a fakturę kory wyrzeźbiłem czubkiem skalpela w utwardzonym już millipucie white. Dla dopełnienia całości przerzedzoną koronę drzewa wzbogaciłem o liście dębu. Wykorzystałem tu dwa zestawy: laserowo wycinane liście firmy Plusmodel (zestaw 287) oraz fototrawione firmy Aber (zestaw D-06). Tak przygotowane drzewo zostało osadzone w podstawie.

 Równolegle z budową balonu i drzewa zacząłem wykonywać „prace ziemne”. Zdecydowałem się na duży rozmiar podstawy, gdyż nie tylko musiała zapewniać stabilność dość mocno rozbudowanej w górę dioramy, ale także kryć dolną część szkieletu stelaża i chronić skrajnie balonu. Kwadratowa skrzynia o 47 centymetrowym boku została wykonana z 4 mm sklejki przyciętej na krawędziach pod kątem 45 stopni i sklejonej wikolem. Jej dno pokryłem warstwą styrodurowych odpadów uzyskując w ten sposób pierwszy poziom dioramy – dno okopów. Ponieważ nie mam w zwyczaju ściśle trzymać się początkowej wizji modelu, linia okopów kilkakrotnie była zmieniana. Zdecydowałem się na przedstawienie frontu zachodniego po zapoznaniu się z publikacjami wydawnictwa Osprey autorstwa Stephen’a Bull’a oraz „The Trench War of the Western Front, 1914-1918” Antonio Fernandez -Mayoralas’a. Pomocna okazała się również ekranizacja powieści „Na Zachodzie bez zmian” Ericha Marii Remarkque’a, nakręcona w 1979 roku oraz odcinek „The Adventures of Young Indiana Jones: The Trenches of Hell”.

 W międzyczasie przeanalizowałem pozy dostępnych figurek znajdując dla każdej indywidualne miejsce. Ponieważ zależało mi na interakcji między nimi, na bieżąco korygowałem ustawienia korytarzy. Szalunek okopów powstawał modułowo, z drewnianych szpatułek laryngologicznych i po wykonaniu kilkunastu części ostatecznie rozplanowałem rozstawienie elementów na dioramie wypełniając pozostałe przestrzenie nową warstwą styroduru do poziomu gruntu.

 Jak już wspomniałem, rynek modelarski w skali 1/35 nie oferuje zbyt wielu figur z okresu Wielkiej Wojny. Bazowym zestawem, do którego dobierałem pozostałe został „Austro-Hungarian Flame Team WWI Vignette” firmy Warriors. Zachęciły mnie do tego bardzo dynamiczne pozy oraz łatwość przerobienia ich na Prusaków infiltrujących francuską linię obrony. Do grupy wypadowej dołączyła jeszcze figurka „Charging German Infantryman 1915” z Andrea Miniature oraz samodzielnie ulepiona obsługa karabinu MG 08/15. Przeciwną stronę konfliktu zasiliły, praktycznie nie wymagające przeróbek pod względem merytorycznym, figurki firmy Tamiya „French Infantry Set” oraz dwa zestawy Adalbertusa „French Infantryman, France 1940”. Ostatnią figurką, która trafiła na dioramę był wykonany od podstaw element inicjujący całą przedstawioną sytuację – niemiecki obserwator artyleryjski.

 Jako dopełnienie balonu zrobiłem też gondolę. Po przeanalizowaniu dostępnych w sieci zdjęć wybrałem jedną z najprostszych używanych konstrukcji – pleciony wiklinowy kosz. Budowę zacząłem od skonstruowania klatki – stelażu. Dolne i górne krawędzie kosza tymczasowo zrobiłem z listewek, pomiędzy którymi przepuściłem pionowe pręciki. W ten sposób robiąc z żyłki wędkarskiej naprzemienny przeplot uzyskałem „wiklinowe” ściany. Podobną metodą zrobiłem dno kosza, a po umieszczeniu go na właściwym miejscu łączenia ze ścianami oblepiłem masą milliput imitującą skórzane wzmocnienia. W tym momencie usunąłem górne listewki zastępując ją dratwą z wplecionymi uchwytami dla obsługi naziemnej Drachenbalonów. Od wewnątrz gondola została wyścielona impregnowanym płótnem z chusteczek higienicznych nasączanych wikolem.

 Na tym etapie budowy zacząłem modelować teren dioramy. Na krawędziach transzei dodałem wzmocnienia w postaci naprzemiennie układanych worków bądź blachy falistej. W przypadku worków leżących głębiej widoczny był tylko ich jeden koniec. Tu z pomocą przyszedł mi zestaw „Sand bags set” firmy Tamiya. Po wycięciu z ramki każdy worek dzieliłem na pół i układałem na skraju okopu. Górne warstwy worków, już nie tak ściśle ułożone, lepiłem z milliputa akcentując ich wygięcia, fałdy i rozdarcia. Do produkcji blachy falistej, którą z powodzeniem wzmacniano osypujące się ściany wszelkich ziemnych umocnień Wielkiej Wojny, użyłem aluminium pozyskanego z puszek po napojach. Po rozcięciu wyżarzałem ją nad ogniem w celu pozbycia się efektu sprężystości, a następnie układałem na specjalnie przygotowanej formie. Z rozsypanych na kawałku polistyrenu patyków do szaszłyków ułożyłem palisadę, a następnie usunąłem co drugi patyk. W takiej postaci utrwaliłem je zalewając wikolem. Po zbudowaniu dwóch identycznych szablonów, wkładałem pomiędzy nie arkusz aluminiowej blachy i dociskałem pozwalając patykom zazębiać się. Tak uzyskaną blachą falistą urozmaiciłem nie jedną dioramę, a szablon z patyczków służy mi do dziś.

 Chcąc oddać realizm pola walki teren uzupełniłem o detale z epoki. W okopach i na ich skrajach umieściłem wszelkiego rodzaju skrzynki i beczki, a także drabiny szturmowe. Z pomocą przyszedł również zestaw Verlindena „ Bottle, Crates & Cans” oraz aluminiowa rurka. Dobierając odpowiednią średnicę i osadzając ją w modelarskiej wiertarce przy pomocy iglaków wyprodukowałem kilkadziesiąt karbowanych puszek po konserwach, a zestaw Plusmodel „Rats” wzbogacił dioramę o przedstawicieli okopowej fauny. Reszty dopełniła utrwalona akrylową żywicą MIG’a faktura ziemi ze szczątkami sprzętu wojskowego oraz drut kolczasty firmy Aber na skraju umocnień.

 Przed malowaniem wszystkie główne elementy dioramy zagruntowałem czarną emalią Humbrola. Pozwoliło to wyłowić ewentualne niedoróbki i wprowadzić ostateczne korekty. Następnie, umieszczając Drachenbalon na stelażu w ostatecznej, lekko przechylonej pozycji, natrysnąłem białą farbę w celu uzyskania światłocienia. Podobnie postąpiłem z figurkami przed nałożeniem właściwych kolorów.

  Zsumowany efekt wszystkich zabiegów na zdjęciach gotowej dioramy.

Fahrpanzer – 1:35

Fahrpanzer to mobilna wieżyczka pancerna, której projekt powstał jeszcze przed okresem Wielkiej Wojny. W 1890 roku po raz pierwszy wykorzystany w niemieckich umocnieniach obronnych. Wieżyczki, obsługiwane przez dwuosobową załogę produkowano w Zakładach Metalurgicznych Grusona w Magdeburgu-Buckau. Wyprodukowano łącznie około 200 sztuk, w kilku odmianach: obserwacyjnych, dla działka 37mm, dla działka 53mm oraz dla działka 57mm.

W czasie pokoju wieżyczka była magazynowana w składach artyleryjskich, zabezpieczona przed dewastacją, kradzieżą wyposażenia i czynnikami atmosferycznymi. W momencie ogłoszenia mobilizacji wieżyczkę wtaczano (była wyposażona w cztery małe kółka) na lawetę i przewożono do wcześniej przygotowanego stanowiska ogniowego. Instalowanie wieżyczki nie wymagało specjalnego wyposażenia. Bezpośrednio z lawety, po małym torowisku, przetaczano ją na swoje miejsce.

Początkowo fahrpanzery były instalowane w specjalnie przygotowanych stanowiskach ogniowych, z betonowym przedpiersiem i torami dojazdowymi. Jednak na linii frontu wykorzystywano punkty wzmocnione szalunkiem z desek, wikliny, blachy falistej i innych dostępnych materiałów..

skala 1:35, model zbudowany od podstaw wg. własnego materiału zdjęciowego z Fortu Czerniakowskiego oraz planów i zdjęć ze strony landships.com.