Archiwum kategorii: Nasze wyjazdy

Imprezy, na których gościła ekipa Fiesty.

To nie jest Titanic!!! …czyli XI Grenadier

Za nami weekend pełen kurzu, historii, odświeżania starych znajomości i zawierania nowych oraz entuzjazmu przed zbliżającą się Fiestą. W dniach 21-22 maja po raz drugi gościliśmy na warszawskiej Cytadeli, a po raz trzeci na konwencie gier strategicznych GRENADIER.
Upał dawał nam się we znaki, jednak organizator jak zwykle zatroszczył się o bezpieczne miejsce dla naszego dorobku i jak rok temu, przed deszczem i skwarem chroniliśmy się pod namiotem. Nie wiemy czy nieświadomie, czy jednak ze względu na nasze preferencje, ale ponownie zostaliśmy ulokowani na strategicznym miejscu czyli w pobliżu punktów gastronomicznych. W dodatku z widokiem na zaparkowanego Sdkfzeta oraz zapachem pieczonych ziemniaków gratis.
Chociaż impreza swoje oficjalne rozpoczęcie miała o 12:30, na miejscu rozłożyliśmy się jeszcze przed 11stą. Chcieliśmy wyruszyć na zwiedzanie obozów GRH, ale po wyłożeniu fantów od razu musieliśmy się zabrać za obsługę skromnej giełdy oraz radośnie rozdawać ulotki. Mało kto odchodził z pustymi rękoma. Nasze hobby nadal budzi zainteresowanie, niektóre prace nawet podziw, no i jak zwykle większość wspomina, że „kiedyś..  coś.. teraz to już dzieci/ręce/oczy nie te..” Stwierdzamy, że modelarzy w kraju nie brak, więc na IV WFM przewidujemy tłumy zwiedzających, brak miejsca na stołach i co najmniej połowę Ochoty zakorkowaną na drogach dojazdowych na ulicę Barską.
Wiadomo, że na wszelkiego rodzaju konwentach przedstawicieli GRH jest multum, ale po raz pierwszy zdarzyło nam się widzieć gościa przebranego za tramwaj (bądź trolejbus).
zdj1
Cały czas byliśmy pod presją i czuliśmy się nieswojo z powodu wycelowanych w naszym kierunku obiektywów. Na szczęście zazwyczaj robiliśmy tylko za tło, gdyż większą uwagę przykuwało to co na stołach.
zdj2 zdj3
Co nie przeszkadzało nam w fotografowaniu fotografujących.
Przedstawiciele GROMu również dali się uwiecznić, lecz po chwili zarządali opłaty 5PLN za zdjęcie. Krótkie negocjacje nt. ceny przytulania się z przedstawicielami WFM, uścisk na misia i każdy zadowolony, chociaż chłopaki byli tak napakowani sprzętem, że tylko orangutan dałby radę ich objąć przy czułym uścisku. Wypatrujcie ich w fiestowy weekend bo się zapowiedzieli (GROMowładni, nie orangutany) i będą pozować do zdjęć za banana (albo bezpłatnie).
zdj4
Przez całą imprezę ciągle przewijał się ktoś przy naszym namiocie, więc dopiero gdy przybyła druga zmiana, mogliśmy udać się z Bartkiem na rajd po terenie imprezy. Szybko ogarnęliśmy część handlową, pełną różnego rodzaju militarnego szpeju z demobilu, koszulek patriotycznych oraz hołdujących wszelakim wunderwaffe spod znaku balkenkreuza  i wyruszyliśmy do największego namiotu na imprezie. Może trafiliśmy nie w porę, albo po prostu inne gry poszły w odstawkę, ale odnieśliśmy wrażenie, że największą popularnością cieszyła się analogowa wersja WOTa, a tłumy małych pancerniaków kłębiły się przy każdym ze stołów. Wszędzie można było dostrzec pojazdy i figurki z First to Fight i rozegrać kampanię wrześniową po którejś ze stron. I chociaż znajomi modelarze przeprowadzili blitzkrieg (spędzając przy stołach ponad 1,5 godziny) – tym razem linii obrony przerwać nie zdołali, co tylko świadczy o dobrze zbalansowanych zasadach rozgrywki. Oczywiście można było się zaopatrzyć w najnowsze, jak i archiwalne produkty FtF oraz podziwiać gotowe zestawy w gablotkach, co wielu czyniło zapowiadając, że w domu będą trenować przed Fiestą i nadchodzącymi Modelarskimi Mistrzostwa Modelarzy w Sklejaniu Modeli na Czas (oficjalnym sponsorem mistrzostw dostarczającym modele do rywalizacji oczywiście jest First to Fight – dziękujemy i zapraszamy na IV WFM)..
zdj5 zdj6
Ponieważ nie sposób było dopchać się do stołów i pojeździć Panterą napędzaną rzutami kostek do gry, ruszyliśmy wypatrywać kolejnych atrakcji. Naszą uwagę przykuły zbiory z Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie, a w szczególności urocza armatka na korbkę rozmiaru kieszonkowego. Jej sympatyczni opiekunowie nie tylko chętnie opowiadali o prezentowanych zbiorach, pozowali do zdjęć, ale także prezentowali ostatni wrzask mody na rynku rynsztunku do golenia niewieścich kończyn (z możliwością testowania na miejscu).
zdj7 zdj8
Podążając dalej natknęliśmy się na piękny wehikuł, który przypomniał nam młodzieńcze lata i zaczytywanie się w prozie Zbigniewa Nienackiego. Nie dane nam było co prawda rzucić okiem na silnik wymontowany z rozbitego gdzieś pod Zakopanem Ferrari 410 SuperAmerica ale ręczna blacharka wuja Gromiłło robiła wrażenie.
zdj9
Zabójcze połączenie – karkówka i MG (ten sam rocznik ’42):
zdj10


Najlepsza fucha w obozie GRH – ranny na noszach, byle tylko piguły podmieniały co jakiś czas kroplówki z zimnym browarem.

zdj15

Ponieważ dobijały nas ciągłe komentarze na temat stanu Ostachowego U-boota oraz pytania „proszę pana, czy to jest tytanic?” w niedzielny poranek postanowiliśmy wywiesić kartkę z informacją, która jak się później okazało przyciągała rzesze zwiedzających oraz prowokowała do filozoficznych rozmów (oraz zadawania kolejnych durnych pytań).
zdj29
Zmieniliśmy też trochę asortyment na stołach wybierając bardziej kolorowe i przyciągające najmłodszych modele. Trochę dziwiło, że niektórzy nie poznawali postaci z bajek, ale koparkę podsiębierną Liebherra rozpoznawali bezbłędnie. No i Bartek dał się namówić i przywiózł winietkę, którą poprzedniego dnia wstydził się pokazać. Zupełnie niepotrzebnie, gdyż poziom zdetalowania figurek (a konkretnie jednej) budził zachwyt u przedstawicieli obu płci, chociaż tym razem to płeć piękna dłużej chciała oglądać modele (albo ten jeden konkretny).
zdj30 zdj31
Podobno autor winiety wzorem wielkich mistrzów tworzących autoportrety również pracował z lusterkiem i lepił na swój obraz i podobieństwo 🙂
Zainteresowanych modelami i wizytą na nadchodzącej WFM było tak wielu, że mieliśmy problemy z rozmową, odpowiadaniem na pytania oraz jednoczesną sprzedażą na naszej małej giełdzie z wyjątkowo atrakcyjnymi cenami. Dlatego z czasem pojawiały się kartki z odpowiedziami na kolejne najczęściej zadawane pytania, co wzbudzało zainteresowanie, salwy śmiechu oraz kolejne pytania i tematy do rozmów. Ostach w pewnym momencie zwątpił i chciał dorobić 4 kominy z papierowych tubek oraz rozjaśnić jeszcze bardziej nadbudówkę okrętu.
zdj32 zdj33
Nie raz już mieliśmy okazję do fotografowania oraz macania uzbrojenia rekonstruktorów, którzy po znajomości nawet dadzą posiedzieć albo przejechać się czymś większym, ale tym razem zostaliśmy całkowicie zaskoczeni. W nasze ręce trafił nie dezaktywowany oryginał, nie replika do strzelań podczas pokazów, ale egzemplarz całkowicie drewniany. Podobno mieliśmy ciekawe miny podczas brania go w ręce – całkowite zaskoczenie 🙂
zdj34 zdj35
Nasze stoisko zainteresowało również przedstawicielkę GRH „GuerraCivilEspañola” lecz Bartek nagle zaniemówił i zamiast zaprosić ją na Fiestę bez słowa podał ulotkę i wycofał się w głąb namiotu. Później tłumaczył się, że była blada i ruda, a on się boi clownów..
Wobec powyższej sytuacji Ostach postanowił wziąć garść ulotek oraz sprawy w swoje ręce i paradował przed namiotem jako nasza uśmiechnięta hostessa (w rozmiarze „Ryszard Kalisz 1/2”) zaczepiając kogo się dało.

zdj36 zdj37

I na sam koniec.. taki mały smaczek.. zdjęcie wykonane ukrytym aparatem.. żałuję, że nie nakręciłem filmu, bo Ostach został przyłapany jak przez dłuższą chwilę stał przed naszym bannerem kontemplując własne F-16. Chyba dawno nic nie skleił..
20160522_154334

tekst: FAZZY_bez_humoru

zdjęcia: FAZZY_bez_humoru, Ostach, MyModels

…neun, zehn… Grenadier wieder!!

Podobno jak nic się nie dzieje, nic nie zginie, nic nie zepsują, nikt nie rzyga przez balkon, sąsiadów nie zaleje ani policji nie wezwie… to jak by imprezy nie było…

No więc się działo, było i strzelało – nawet głośno, organizatorom zajebazginął szablon z logo imprezy, Kubuś nie chciał odpalić, była i Policja i Milicja, a nawet dwie straże, namioty balkonów nie mają, a o tym kto komu obozowisko zalał filtrowanym piwem wspominał nie będę. Jednakże okrągły X konwent gier strategicznych GRENADIER się odbył, co niewątpliwie wszyscy odwiedzający, obserwujący, uczestniczący i organizujący miło wspominać będą.

Tak jak rok wcześniej, przed zbliżającą się WFM postanowiliśmy wbić się na jakąś szerzej rozreklamowaną i obleganą imprezę, polansować się i porozdawać trochę ulotek. Dzięki uprzejmości głównego sprawcy Grenadiera – Tomka Kowalczyka, znalazło się dla nas miejsce i dach nad głową, co by na modele nie kapało, na terenie Muzeum X Pawilonu Cytadeli Warszawskiej. A „trochę” ulotek przekroczyło lekko licząc ponad 700 sztuk, które przez oba dni chętnie brali prawie wszyscy obecni na konwencie deklarując wizytę na WFM.

Chociaż lokalizacja była inna niż rok wcześniej, a Grenadier z Fortu Bema wrócił na Cytadelę, na miejscu zameldowaliśmy się o czasie. Czekał na nas podwójny namiot, wystarczająca liczba stołów i krzeseł w nader strategicznym punkcie – naprzeciwko punktu gastronomicznego 🙂 Rzut okiem na sąsiadów i lekkie zorientowanie się w topografii terenu zaowocowało radością i zadowoleniem z przydzielonej miejscówki więc bez narzekania przystąpiliśmy do rozładunku. Z racji ograniczeń ładowności pojazdów transportowych byliśmy w stanie zaprezentować tylko niewielką część dorobku modelarskiego. Zapełniliśmy więc jeden ze stołów fantami znanymi szerszej publiczności z konkursów modelarskich, a na drugim rozłożyliśmy warsztat licząc, że będzie chwila na skrobanie plastiku. Jakże płonne okazały się nasze nadzieje… Zainteresowanie modelami i Fiestą spadało tylko na czas inscenizacji. W sobotę nie przeszkadzał w tym nawet padający od czasu do czasu deszcz, a niektórzy zwiedzający pojawiali się przy naszym namiocie wielokrotnie. I wcale nie dlatego, że cofnęliśmy stoły w głąb namiotu, żeby na oglądających nie kapało.

Było nam również szalenie miło, z powodu ilości aparatów wycelowanych w nasz dorobek i ciągłych pytań o możliwość robienia zdjęć. Jeżeli w przyszłym roku taka sytuacja będzie się powtarzała to zaczniemy pobierać od każdego jakąś niewielką sumę, a ze zgromadzonych środków z powodzeniem sfinansujemy kolejną WFM.

Oczywiście najwięcej emocji nasza wystawa wzbudzała wśród przedstawicieli młodszego pokolenia. Cieszy to niezmiernie, gdyż bezbłędnie rozpoznawali oni nazwy prezentowanych pojazdów co świadczy o zainteresowaniu i znajomości tematu. Niestety nie wszystkim było dane bliżej zapoznać się z naszym zacnym hobby. Obecny na Grenadierze malec, którego aparycja przyozdobiona aparatem korygującym uzębienie przypominała 8-go pasażera Nostromo, ciągnął zaciekawiony w naszym kierunku , jednakże królowa matka przywołała go do porządku szarpnięciem ręki i pogardliwym „tu są tylko jakieś sklejanki”. Cóż… pozdrawiamy i życzymy rychłego spotkania z przedstawicielem rasy predatorów.

Co do punktu gastronomicznego, cóż… był jeden, więc nie było wyboru… Na temat wojskowej grochówki wypowiadałem się już rok temu, więc nie ryzykowałem. Tym razem wybór padł na coś, co trudno spieprzyć… czyli najprostsze możliwe danie – kiełbasę z grilla. Cena wydawała się przyzwoita, lecz rozmiar okazywał się nikczemny. W przeliczeniu wychodziła złotówka za centymetr słabo zgrillowanej kiełbasy, więc nawet gdy gratis dorzucili bułkę oraz kapkę czerwonego i żółtego mazidła, chcieli zbyt wiele. Mimo to ogonek do tego przybytku był długi, wijący i mięsożerny, szczególnie w okresach poinscenizacyjnych kiedy mundurowi wszelkiej maści przychodzili bratać się nad talerzem. Tylko dystyngowany kierowca Adlera, wierna kopia Hansa Goeringa z „Allo allo”, trzymał się na dystans od całej frontowej hołoty i kiedy się rozluźniło przyszedł zapoznać się przy kawie z atrakcjami nadchodzącej WFM.

Niestety w tym roku nie dopisał sprzęt ciężki, którego w Forcie Bema było znacznie więcej. Mimo to GRH stanęły na wysokości zadania, wypadły bardzo naturalnie, a niektórzy wczuli się w rolę aż za bardzo. Jeden z powstańców pod ostrzałem upadł na bruk po czym wyciągnął saperkę i próbował się okopać – taa… powodzenia chłopie… jak by Cię pobratymcy z pola walki nie wynieśli to dalej byś saperką kamienie tłukł.

Cała ekipa WFM współczuła również jednemu z żołnierzy Legio Adiutrix, których mieliście okazję poznać na ostatniej Fieście. Jak przystało na prawdziwego rekonstruktora wiernie odwzorowującego macierzystą jednostkę zasuwał ubrany w kusą tunikę i na dodatek boso. Nie wiemy jak sobie radził w tłumie między wojskowymi podkutymi butami, ale jakoś cieplej nam się na sercu zrobiło, kiedy w deszczowe popołudnie przycupnął naprzeciwko nas owinięty rzymskim płaszczem i rozgrzewał się grochówką – jak widać na zdjęciu, jemu smakowała.

I powiem wam jeszcze, że inscenizacje inscenizacjami, ale prawdziwe ciężkie walki rozgrywały się już po nich… Kiedy opadał bitewny pył, a przedstawiciele GRH schodzili z pola bitwy młodzi militaryści i zbieracze pamiątek przeskakiwali przez barierki nie bacząc na krzyki i zakazy ochroniarzy i lecieli wydłubywać spomiędzy kocich łbów łuski. Owszem, też mam kilka… i nawet podzieliłem się z Bartkiem.

A reszta wrażeń na zdjęciach:

Tekst: FAZZY_bez_humoru

Zdjęcia: Cargo, Damian, FAZZY_bez_humoru, Darek B.

XII Międzynarodowy Festiwal Modeli Redukcyjnych w Bytomiu*

No nie zdążyłem. Marazm i deprecha mnie dopadły bo mimo wzmożonych prac przed modelarskim weekendem nie udało się skończyć tego, co żem sobie zamierzył… Ostach namawiał… Bartek namawiał… Jak by nie wiedzieli, że pojechać na konkurs do Bytomia i nie wystartować, to jak pójść do zoo i nie zobaczyć zwierząt… albo gorzej – pójść pod wybieg dla słoni i nie wziąć ze sobą orzeszków.

W końcu, dla świętego spokoju i komfortu mych uszu, bo ciszę lubię i nad wyraz sobie cenię, wykopałem z szafy starą i zapomnianą figurkę, co to wstyd pokazać i pognaliśmy tam gdzie czarne złoto kopią i schabowe z modrą kapustą serwują. I wcale nie ja temat ten zacząłem, bo przez ostatni tydzień zręcznie rozmów o kotletach unikałem.

No więc w deszczowy sobotni poranek Ostach raźno zasuwał srebrnym „czołgiem”**, kiedy naszą uwagę przykuł dosyć osobliwy konwój, a konkretnie ładunek na jednej z lawet – piękna pomarańczowa Tatra, uszkodzona prawdopodobnie na skutek nieprawidłowego mocowania ładunku. Nie wiemy skąd ani dokąd Pepiki ją targali lecz kontemplowaliśmy ją dłuższą chwilę by z nieukrywanym żalem pognać dalej.

zdj1

zdj2

zdj3

zdj4

I od razu małe sprostowanie, co by nie było niedomówień – otóż ten gustowny pakunek z pierwszego zdjęcia nie zawiera białego proszku, ale ulotki, które tak chętnie braliście od nas w Bytomiu.

W pewnym momencie krajobraz zaczął się zmieniać i wiedzieliśmy, że do celu jest coraz bliżej.

zdj5

zdj6

Miasto znaliśmy już z poprzednich wojaży, lecz nie przeszkodziło nam to z lekka zabłądzić i zrobić honorową rundę przed wjazdem na Szombierki. Niestety na próżno wypatrywaliśmy billboardów obwieszczających to zacne wydarzenie, jakim XII Międzynarodowy Festiwal Modeli Redukcyjnych jest. Obecności kierunkowskazów również w tym roku nie stwierdziliśmy, o czym skwapliwie poinformowaliśmy Chrupka, gdy zameldowaliśmy się w konkursowej hali. Twierdził, że są… gdzieś na mieście… że nie z tej strony przyjechaliśmy… no ale niesmak pozostał 😀

Po wejściu na halę dopadł nas coroczny szok pomieszany z zachwytem. Stoły suto zastawione modelami, ogrom stołów klubowych, stanowiska rejestracji na miejscu oraz stolik dla zarejestrowanych przez Internet. Bezproblemowo odebraliśmy koperty z kartami startowymi i po uregulowaniu należności „co łaska, ale nie mniej niż dychacz” rzuciliśmy się w tłum.

Rozstawienie przywiezionych modeli przeprowadziliśmy w iście błyskawicznym tempie – zapewne z racji ich wyjątkowo skromnej liczby, chociaż podobno nie ilość się liczy… Dojechaliśmy dosyć wcześnie i pozostało jeszcze półtorej godziny zgłaszania modeli więc zamiast przeglądać zawartość stołów entuzjastycznie rzuciliśmy się odkopywać stare i zawiązywać nowe znajomości oraz pobuszować na giełdzie…

No właśnie… Giełda jak zwykle na poziomie, a oprócz krajowych wystawców pojawiło się paru zza południowej granicy. Ponieważ dostałem zamówienie na zestaw pęset pierwsze kroki skierowałem do sprawdzonego w ubiegłym roku stoiska ADAMMEDu, które oprócz oprzyrządowania stomatologicznego oferuje bogatą ofertę narzędzi przydatnych w modelarstwie. Nie zawiodłem się, a po paru pytaniach i otrzymaniu rzetelnych odpowiedzi skusiłem się dodatkowo na zakup diamentowego separatora, czyli tarczy do cięcia metali dedykowanej do mini szlifierek. I już w tej chwili mogę napisać, że zakup został przetestowany a jego efektywność przerosła moje oczekiwania. Buszując dalej wśród stoisk giełdy z przyjemnością zawędrowałem do EXITO, który jak zwykle w ofercie miało sporo nowości.

I tutaj chciałbym poruszyć kwestię cen modeli na okołokonkursowych giełdach. O ile w przypadku wymienionych powyżej firm ceny były równe lub obniżone w porównaniu do ich internetowej oferty, to zdecydowana większość sprzedających dosyć drastycznie te ceny zawyża. Dziwi mnie ta praktyka, być może z racji tego, że pierwsze giełdy modelarskie, na których bywałem to były giełdy w Muzeum Techniki w warszawskim PeKiNie. Tam pojawiali się i doświadczeni handlarze jak i dzieciaki z jednym pudłem, chcące pozbyć się nietrafionego prezentu. Kwitła wymiana barterowa, trafić można było na prawdziwe wiekowe perełki, a zestawy figurek bez problemu były dzielone pomiędzy chętnych. W tej chwili giełda modelarska to jedynie przeniesienie asortymentu ze sklepu na miejsce konkursu plus doliczenie do niego kosztów noclegu i spalonej przez handlarzy wachy. Owszem, atmosfera jest niesamowita, możliwość pomacania wyprasek przez folię pomaga podjąć decyzję o zakupie, ale to już nie to, co kiedyś…

zdj7

No i te ceny na stoisku Węgrów i negocjacje Ostacha odnośnie cen zestawów Eduarda. Nawet przy większych, hurtowych zakupach nie chcieli obniżyć ceny nawet o złotówkę. Dodatkowo po sprawdzeniu cen w Internecie okazało się… że taniej jest w znanym i lubianym sklepie modelarskim u nas w stolicy.

Za to Bartek poczynił ciekawe zakupy z oferty firmy Aires. Ale nie ma to jak się rąbnąć w skali modelu, który się składa i zamiast zestawu w skali 1/48 kupił 1/72. Później trzeba było z nim pójść, dodać odwagi i wymienić po dopłacie na właściwy rozmiar… ale do tego jeszcze wrócimy 😀

Zbliżał się termin oficjalnego rozpoczęcia imprezy i na hali zrobiło się bardzo tłoczno. W związku z zagęszczoną atmosferą postanowiliśmy na chwilę odetchnąć świeżym (taaaa… w Bytomiu) powietrzem i pogadać w spokoju***.

zdj8

„[…]Na zdjęciu widzimy przedstawiciela gatunku Neuterus Vulgaris pozostającego w szponach nałogu. Twardy charakter dorosłego samca odzwierciedla próba wewnętrznej walki poprzez stosowanie czasami łagodniejszych, mniej szkodliwych zamienników. Na drugim planie widoczny mniejszy, nierozwinięty jeszcze w pełni egzemplarz Modelarza Pospolitego, który przebywa w towarzystwie innych osobników czerpiąc niekoniecznie właściwe wzorce. Próby naśladowcze są odważniejsze i coraz bardziej widoczne, chociaż stosowanie elementów zastępczych pozwala wnioskować, że nie wie, co czyni.**** Oba samce relaksują się ze świadomością, że jeszcze tego samego dnia stoczą kolejną walkę o pozycję w stadzie i trofea, co w żaden sposób nie przeszkodzi im w wieczornym wspólnym powiększaniu objętości musculus cervisia.*****[…]”

czytała Krystyna Czubówna

Powrót na halę wystawową skutkował wzmożonym zainteresowaniem stanowiskiem sklepu Fine-art i możliwością przetestowania aerografów. Oferta firmy Harder&Steenbeck kusiła modelem Infinity, jednak pomimo znacznej obniżki cena pozostała dla mnie nadal zaporowa. Cóż… kolejny kamuflaż zimowy będę malował miotłą jak to w oryginałach bywało…

No więc po zwiedzeniu giełdy ruszyliśmy między stoły:

I jak zwykle towarzyszył nam Zenon-tankista, który także wypatrzył coś dla siebie:

Dłuższą chwilę zabawiliśmy przy przecudnej urody szmatopłatach…

zdj20

zdj21

…by przejść do maszyn drugowojennych i współczesnych:

Jak to na zacnych imprezach bywa, organizatorzy dołożyli starań w sprawach bezpieczeństwa tak modeli jak i zwiedzających angażując grupy rekonstrukcji historycznej oraz parę istot pozaziemskich.

zdj28

zdj29

zdj30

zdj31

Helmut od motoru był bardzo sympatyczny i podrzucił parę ciekawostek na temat jego konstrukcji, natomiast Tuskena nie szło za nic zrozumieć. W dodatku obok cały czas kręcił się przedstawiciel ciemnej strony mocy, dosyć niski jak na szturmowca (skąd oni werbują takich karypli?) oraz nad wyraz wyrośnięty Jawa, który świdrował wszystkich tymi swoimi żółtymi oczkami. Za to wyliniały Wookie pilnujący modeli prezentował się bojowo i odstraszał od stołów małe dzieci.

Zmęczeni oglądaniem plastikowych cudeniek postanowiliśmy się trochę posilić. Pomni zeszłorocznej wtopy z kebabem, tym razem skorzystaliśmy z rad tambylców i swe kroki skierowaliśmy do restauracji Paula. Na miejscu okazało się, że z tych samych rad korzysta spora grupa piżamowców od Tomcatów i IPMS Warszawa. Z tym, że oni już siedzieli i byli w trakcie składania zamówień, przez co przy barze usłyszeliśmy informację, że czas oczekiwania na żarło drastycznie się wydłuży. Nie zniechęciło nas to, gdyż ledwo powłócząc nogami nigdzie dalej byśmy nie dotarli. Ostach i Bartek zamówili po pizzy licząc, że będzie mrożona i szybko ją zaserwują z mikrofali. No i pech chciał, że lokal, do którego zawitaliśmy okazał się na tyle porządny, że na swoje wypieki musieli trochę poczekać. Ile? A no tyle, że zdążyłem w międzyczasie zamówić i opchnąć schabowego z modrą kapustą 🙂

I co by nie było, że knajpa jest słabo rozreklamowana – na samym froncie i przyległościach budynku naliczyliśmy 9 reklam z informacją o nazwie lokalu i tym, co podają.

Po powrocie na miejsce konkursu z nieukrywaną radością stwierdziliśmy, że tłum nieco zelżał i jest możliwość dopchania się w miejsca, z wizytacji których wcześniej musieliśmy zrezygnować. W ten sposób zawędrowaliśmy do stoiska z modelami zdalnie sterowanymi. Imponujące maszyny zręcznie lawirowały na stołach pokonując tor przeszkód i prezentując swoje możliwości.

zdj32

zdj33

zdj34

zdj35

Po tym pokazie po raz kolejny obeszliśmy stoły wystawowe co raz wypatrując nowych perełek. I chociaż liczba modeli prezentowanych na konkursie była niższa niż w zeszłym roku, nie sposób było wszystko obejrzeć. Zmęczeni udaliśmy się więc do hostelu, co by zameldować się i odpocząć przed wyruszeniem w miasto. Oczywiście nastąpił przegląd łupów i Ostach uroczyście rozpieczętował zafoliowane pudło z nowym F-16 od TAMIYi wciągając nosem powietrze „made in Japan”. Gorzej było z nastrojem Bartka, który po rozpieczętowaniu pudełka ujrzał… kolejny zestaw dodatków do samolotu w skali 1/72 zamiast spodziewanego 1/48. A mówią, że jak ktoś ma pecha to w różnych ciekawych miejscach na gwoździa może trafić…

W celu podreperowania nastrojów wyruszyliśmy w kierunku rynku na umówione modelarskie piwo… a potem była niedziela.

zdj36

Nie tak wczesnym rankiem przywitała nas kaprawa facjata bezimiennego Clinta, który próbował poderwać nas z łóżek „za kilka dolarów więcej”. Nie udało mu się, więc zwiedzanie Bytomia w poszukiwaniu lokalu serwującego śniadania przełożyliśmy na późne przedpołudnie. Nie wiem czy to pora dnia czy euforia Ostacha spowodowana nowym nabytkiem modelarskim, ale poczuł potrzebę pojeżdżenia autem pod prąd (tam nie było żadnego znaku – przyp. Ostach).

Na szombierkową halę zajechaliśmy dosyć późno, przez co dłuższą chwilę trwały poszukiwania miejsca parkingowego. Nasz kierowca, znany z perfekcjonizmu nie tylko w modelach, ale także w życiu codziennym, 4 razy przeparkowywał auto, aby dobrze się zgrało z kompozycją na parkingu.****** Być może czynił to w obawie przed małym BMW szalejącym nieopodal i w trosce o lakier swojego wehikułu.

zdj37

zdj38

Pierwsze kroki skierowaliśmy do odwiedzanego wczoraj dwa razy stoiska, gdzie Bartek bez problemu zareklamował niedoskalowany produkt i zażądał pozostawionych wczoraj biletów NBP, po czym ruszył wypatrywać kolejnego fantu, który wzbogaciłby jego kolekcję. Tym razem postanowił wspomóc rodzimych producentów i zainteresował się nowością firmy Karaya czyli limitowanym SU-22M4 Fitter K. Tym razem szczęście się do niego w końcu uśmiechnęło i trafił na gratisa w postaci oddzielnie zapakowanego (zafoliowanego?) pilota, choć wg. mnie i Ostacha nie trzymał on skali.

zdj39

zdj40

Niestety zbliżała się już godzina zakończenia imprezy i część prac zniknęła ze stołów. Po raz ostatni zaczęliśmy krążyć wypatrując tego, czego wcześniej nie zdążyliśmy popodziwiać. Zenon wypatrzył nową towarzyszkę plastikowego żywota

zdj41

a Bartek i Ostach, chociaż wierni plastikom i żywicy, doceniali to, co naturalne, choć dosyć nieśmiało i z niepewnymi minami:

zdj42

zdj43

A Chrupek zdecydowanie miał nas już dosyć:

zdj44

Na szczególną uwagę zasługuje fakt, iż tegoroczne zakończenie imprezy odbyło się wyjątkowo punktualnie, co przy takim rozmachu organizacyjnym może stanowić nie lada wyzwanie. I dopiero podczas rozdania wyróżnień można było się zorientować jak liczną grupę modelarzy stanowili młodzicy i juniorzy. Cieszy to tym bardziej, że nasze hobby nadal nie jest zbyt popularne, nieuznawane za sport, a w drastycznych przypadkach po prostu niedoceniane i bagatelizowane. Jednym ze zgrzytów było to, że narybek polskiego modelarstwa został potraktowany dosyć osobliwie, gdyż został wyróżniony medalami, które zostały organizatorom z ubiegłego roku. No taki wstyd na największej imprezie modelarskiej w kraju…

Nadal irytuje też sposób wyczytywania nazwisk kolejnych nagrodzonych. Chociaż na dyplomach tekst został skomponowany odpowiednio, to przy wywoływaniu kolejnych medalistów forma „wyróżnienie dla… Zenon Tankista” i strach przed próbą odmiany imienia i nazwiska są po prostu śmieszne. Na przyszły rok sugeruję wywieszenie bannera z tekstem „nagrodę otrzymuje…” i powieszenie jej nad trybunami, frontem do konferansjera.

Rozumiem też, że aby uniknąć przedłużania zakończenia, zrezygnowano z wyczytywania za co dany modelarz otrzymuje nagrody. Szkoda, chociażby z tego powodu, że nie każdy każdego zna, a nawet jak kojarzy, to nie zawsze wie co wystawił do konkursu. Tym bardziej, że podczas tegorocznej edycji wśród wyróżnionych pojawiło się sporo nowych nazwisk. Nadal postulujemy, aby chociaż główne nagrody, diamenty i memoriały były prezentowane publiczności w postaci zdjęć podczas rozdania nagród. A jeżeli to taki problem, to deklarujemy chęć pomocy w przyszłym roku i zmontowania odpowiedniego materiału zdjęciowego.

I żeby nie było, że wracaliśmy z pustymi ręcami:

zdj45

Tekst: FAZZY_bez_humoru

Zdjęcia: FAZZY_bez_humoru i DivinE

Ponieważ nie sposób zrobić zdjęcia wszystkich modeli na tak ogromnej imprezie, odsyłam do bloga DivinE’a (http://tauempire.blogspot.com/) gdzie znajdziecie ponad pół tysiąca zdjęć z konkursu w Bytomiu.

* a niech raz będzie normalny tytuł

** z racji gracji, z jaką się poruszał, nie wagi czy lufy

*** na konkursach nigdy nie jest spokojnie, ale ten niepokój to jedna z głównych atrakcji

**** monkey see, monkey do

***** powszechnym jest w środowisku przekonanie, że im większy mięsień piwny modelarz posiada tym lepsze modele czyni (nie dotyczy niektórych przedstawicieli IPMS Warszawa i innych suchoklatesów)

****** może czas już wznieść się na wyżyny modelarskiego fachu i zacząć budować dioramy?

Projekt Stalowa Wola*

(Jeżeli gdzieś w tekście znajdą się jakieś podejrzane * to ich wytłumaczenie znajdziecie zapewne gdzieś na końcu tekstu, jak się to praktykuje w większości innych poczytnych publikacji…)

Nie to, że dawno nie jeździliśmy nigdzie na konkursy, tylko osoby wydelegowane do opisywania wrażeń z wojaży nie spełniały swojego zadania, w związku z czym znowu to ja będę Naczelnym Skrybą (takim gościem od skrybania) tej strony. O imprezie w Stalowej Woli dowiedzieliśmy się z Bartkiem podczas pobytu na konkursie w Mińsku Mazowieckim (było fajnie, ale komuś się nie chciało o tym napisać). Ponadto jeden z organizatorów, znamienity handlarz modelarskim stuffem, zapraszał do siebie, abyśmy „zobaczyli jak się robi prawdziwy konkurs” (cokolwiek miało by to znaczyć – robili tak jak my w tym roku, po raz trzeci). Został nam zaprezentowany nawet plakat reklamujący imprezę, jednak zaczęliśmy marudzić, że daleko, że pogoda nie sprzyja, że jednodniowy i nie będzie czasu wszystkiego obejrzeć… Głosem przeważającym szalę, na korzyść wyjazdu do Centralnego Okręgu Przemysłowego, było wspomnienie o grochówce. No więc pojechaliśmy…

Z duszą na ramieniu i łańcuchami na koła w bagażniku, po 2 telefonach od mego osobistego Padre, czy na pewno bezpiecznie jechać w taką pogodę, zajechaliśmy po Bartka. Upychanie modeli w aucie mamy przećwiczone od dawna, ale z racji tego, że po raz pierwszy wziąłem najmniej i najbardziej nikczemne gabarytowo modele poszło sprawniej niż zwykle. W dodatku jego pudło z kilkunastoma modelami jest zdecydowanie bardziej wygodne w przemieszczaniu niż większa ilość małych pakuneczków. No i bezproblemowo mieści się w bagażniku. Następnie odbyliśmy podróż na prowincję po Ostacha i jego pudełka po butach, które upychaliśmy szuflą do śniegu bo wziął więcej niż początkowo zgłaszał…

zdj2 zdj1O dziwo, zaskoczeni przez zimę drogowcy stanęli na wysokości zadania i trasę Radom – Zwoleń – Sandomierz – Stalowa Wola pokonaliśmy bez przeszkód, kontemplując okoliczności przyrody i ciesząc się swoim towarzystwem w ciasnej zamkniętej przestrzeni. Satelity bezbłędnie doprowadziły nas do celu, a konkretnie do bramy wjazdowej na teren Zespołu Szkół Ponadgimnazjalnych nr 1, kiedy to drogę zastąpił nam mały zielony ludek w płaskiej zielonej czapeczce. Uprzejmie uchyliłem szyby aby usłyszeć stanowczą acz niezbyt przekonującą prośbę o parkowanie wzdłuż ulicy Hutniczej. Starając się być równie uprzejmym zripostowałem, że będziemy nosić modele, w skutek czego mały zielony ludek uznał, że właściwym będzie zakończyć burzliwą dyskusję i zezwolił na wjazd na teren „szkoły charakterów”. Ostach z zazdrością spoglądał na imponujący baner pod którym zaparkowaliśmy…

zdj3…mrucząc pod nosem, że gdyby wiedział to by swoją edukację w inny sposób ułożył, charakteru nabył, w mundurze paradował i był oblegany przez ponętne dziewoje w liczbie co najmniej dwóch. Nasza to wina i niedopatrzenie, gdyż do Stalowej Woli dotarliśmy dopiero na trzecią edycję konkursu i nieświadomie Ostacha przez 2 lata unieszczęśliwialiśmy.

zdj4 zdj5Przed wejściem do budynku stał okazały dodge, którego później nie omieszkaliśmy dokładniej zlustrować i wymacać, oraz autka do rajdów górskich.

Po przekroczeniu progu musieliśmy wyglądać niezbyt wyraźnie, bo zaraz doskoczył do nas zorientowany przedstawiciel GRH, zaproponował rutinoscorbin oraz wskazał drogę na pierwsze piętro do rejestracji modeli. Ponieważ wyjazd nie był spontaniczny, już wcześniej zgłosiliśmy modele przez internet. W związku z tym odbiór kart startowych zarejestrowanych modeli odbył się błyskawicznie przy stoliku obsługiwanym przez zorientowanych modelarsko gentelmanów. Gorzej sytuacja przedstawiała się z rejestracją na miejscu. Ostach wystał dobre 20 minut w kolejce do 3 niewiast, które beznamiętnie wklepywały w komputery dostarczane przez modelarzy odręczne bazgroły klasyfikujące ich dzieła. Razem z Bartkiem zdążyliśmy się wypakować, rozstawić modele na stołach i oblecieć giełdę zanim Ostach nas odnalazł i radośnie stwierdził, że idziemy oglądać modele…

A było co oglądać.

Aaaaaaaaaaaaaaaaale najpierw napiszę o giełdzie bo była naprawdę imponująca. Organizatorzy stanęli na wysokości zadania, zapewnili całkiem wygodne miejsca dla stoisk, a handlarze wszelkim modelarskim szpejem dopisali tak liczbą jak asortymentem.

Moją uwagę przykuło akurat najbardziej oddalone, na samym końcu giełdowego korytarza, małe stoisko z kilkunastoma zielonymi drzewkami. Zlustrowałem je, próbowałem nawiązać jakiś kontakt werbalny ze sprzedawcą, ale że nie był zbyt skory do rozmowy i dzielenia się tajnikami jego pracy, wziąłem ulotkę z adresem strony. Pamięć mam dobrą, ale wiadomo, nie można pamiętać wszystkiego. No więc jak by kto zapomniał, albo zgubił folder reklamowy, albo go nie było, to dzielę się ze wszystkimi z zastrzeżeniem, że żadnych tantiem za reklamę nie przygarnąłem: http://www.drzewamodelarstwo.pl Prezentowana na stronie flora to tylko przykłady, producent deklaruje wykonywanie zamówień wg. konkretnych potrzeb, ale i tak jest na czym oko zawiesić. Pozostaje tylko kwestią sporną zakup takich drzewek i umieszczenie ich na dioramie, którą później zaprezentuje się na jakimś konkursie. Czy jest to jeszcze „nasza” praca, czy już zbyt duży wkład i pomoc innych modelarzy? Tak samo jak gotowe podstawki albo figurki, które również można było nabyć na giełdzie. Wiadomo, model na podstawce, odpowiednio przykurzony, prezentuje się zdecydowanie atrakcyjniej niż taki sami model postawiony np. na zielonym suknie. I chociaż sędziujący zawsze zastrzegają, że jeżeli to kategoria, dajmy na to, pojazdy wojskowe, to oceniany jest sam pojazd, a nie to na czym stoi, to i tak każdy większą uwagę zwróci na model z odpowiednio dopasowaną otoczką.

Jak zwykle pobyt na giełdzie zaowocował nowymi nabytkami. Tym razem zakupiłem trzymadełko do żyletkowych piłek, które rewelacyjnie sprawdzają się przy obróbce żywicy, a których kilka sztuk zdążyłem już połamać przez nieudolne trzymanie w kończynach mych chwytnych, górnych. I z racji tego, że na konkurs pojechał z nami mój osobisty rodziciel, pozwoliłem sobie zaciągnąć go na giełdę i entuzjastycznym „tato, tato, kup mi model!!!” spróbować naciągnąć na nieplanowany wydatek. O dziwo odniosłem zamierzony skutek, poddaliśmy dogłębnemu zlustrowaniu zawartość pudełka z Tamiyowskim Stugiem w wersji dla Fińczyków i… górę wziął zdrowy rozsądek. Z racji posiadania ponad 20stu rozgrzebanych modeli i niezbyt rokującymi prognozami na szybkie sfinalizowanie budowy któregokolwiek z nich postanowiłem sobie darować chwilowo większe zakupy.

Co do obecnych na konkursie modeli, było co oglądać, bo organizatorzy zapewnili stoły wystawowe na ponad 900 modeli podzielonych na kilkanaście kategorii. Jako, że jak to Ostach zgrabnie określił, „na papierze się drukuje, papierem się podciera”, swe kroki skierowaliśmy pomiędzy plastiki i żywice. Samo oglądanie było co raz to przerywane kolejnymi wybuchami radości z okazji spotkań z modelarzami z innych części kraju, dyskusjami na temat wysokiego poziomu prezentowanych prac, chwaleniu co kto nowego zaprezentował. Przy okazji dyskusji z niejakim Kogutem stwierdziliśmy, że po pierwsze jest zbyt podatny na sugestie innych (ty nie zrobisz?) to jest większym zwyrolem niż sądziliśmy (butelka coca-coli 0,33l w skali 1/72 toczona ze światłowodu). A dowód sam autor zaprezentował tutaj: http://modelwork.pl/viewtopic.php?f=64&t=47537 (to takie małe na prawej płozie z przodu to nie lampa pozycyjna… to rzeczona butelka)
Niech modele i zdjęcia suto zastawionych stołów same bronią wizerunku imprezy:

I chociaż członkowie GRH szturmowali przede wszystkim kocioł z grochówką (dzięki Mariusz, warto było) to znaleźli również czas, by zaprezentować swoje fanty:

Oczywiście, w składzie naszej grupy wyjazdowej pojawiła się nasza fiestowa maskotka, która chętnie pozuje do zdjęć przy ciekawych, fajnych, śmiesznych albo z innego powodu przyciągających naszą uwagę modelach. Panie i niepanie… Zenon wytypował:
zubożonego o parę części TIE-fightera stylem grzbietowym, babola w wiatraku Flachentego, panią ze smokiem na smyczy, Lessie na szrocie, Tygrysa I w kraju kwitnącej wiśni i kilka innych

A na koniec taki mały smaczek, praca odmienna wizualnie od innych, posiadająca klimat i „to coś”. Autora nie znamy, ale chętnie poznamy, tym bardziej, że podczas podziwiania i komentowania dioramy, parę osób również pytało czy wiemy kto to uczynił:


Jak powszechnie wiadomo, zwieńczeniem każdego konkursu modelarskiego jest uroczystość wręczenia wyróżnień i nagród za najlepsze, zdaniem sędziów, prace. I zanim przejdę do meritum, chciałbym tylko podkreślić, że nie uważam iż osoby, którym coś nie wychodzi powinny być piętnowane, ale ewentualna kara może motywować pozostałych 😀

Pierwszym „ale”, akurat nie do końca zależnym od organizatorów, było zabieranie modeli i pakowanie swojego dorobku przed końcem imprezy. Niestety nie sposób tego upilnować, ale nikt nie oponował więc część modeli zniknęła ze stołów jeszcze przed godziną 15stą. Ponad to, kiedy godzina zakończenia zaczęła się przesuwać, organizator dał wszystkim „15 minut” na spakowanie modeli, co przetrzebiło zastawę stołową do pojedynczych sztuk. W końcu i my, z troski o bezpieczeństwo modeli wśród zgromadzonych na stołach pudeł zdecydowaliśmy się pochować nasze ulepki.

Po pierwszych słowach podziękowania od organizatorów za pomoc w stworzeniu atmosfery i przyczynieniu się do promocji modelarstwa wręczono na szybko kilka nagród, po czym znowu zaczęły się jakieś podziękowania, wymienianie sponsorów, pomocników i wychwalanie pod niebiosa wszystkich, którzy przyczynili się do zaistnienia imprezy. Nagłośnienie było, a jakże, ale chyba jego potencjał nie został nawet w połowie wykorzystany, tak samo jak scena, ze skorzystania której niesłusznie zrezygnowano. Nagrody i wyróżnienia rozdawano więc „nie wiadomo komu i nie wiadomo za co”. No właśnie, kolejny konkurs na którym wyczytywane są tylko nazwiska, bez zaznaczenia, który model danego autora został uznany za wybitny pośród innych zaprezentowanych dzieł, a przecież nie rzadko na konkurs jeździ się z kilkoma, jeżeli nie kilkunastoma własnymi pracami. Rozumiem, że konkurs jednodniowy wymaga dużo większej mobilizacji sił w tym samym momencie, zaangażowania większej ilości osób, ale tak ciężko po skończonym sędziowaniu puścić ze dwie osoby do obfotografowania tych „naj naj modeli” i sklecenia prezentacji, którą z rzutnika można by puścić na ustawiony na scenie ekran. W tym momencie każdy, nie tylko znający się i swoje dzieła modelarze, mógłby zapoznać się z okazami, na które przychylnym okiem spojrzało sędziowskie grono.

Kolejną zagwozdką była dla mnie ilość nagród specjalnych, pucharów i innych wyróżnień. Wszystkie z tabliczką „dopóki kleisz jesteś zwycięzcą”. Więc dlaczego nie dostali ich wszyscy startujący? Jak każdy jest mistrzem to nikt nie jest… I dziwi to, że organizatorzy nie podali przed konkursem kategorii, w jakich dane puchary będą przyznawane. Cóż… pozostaje tylko czekać na podanie na forach oficjalnych wyników i możliwość sprawdzenia kto, co, i za co zgarnął.

Kiedy zapraszano nas w Mińsku Mazowieckim na konkurs do Stalowej Woli padł również tekst o tym, że „od nas każdy z czymś wraca”. Odebrałem to jako „pozyskaliśmy wielu sponsorów, będzie sporo różnych nagród”. Ale dawanie nagród za samo uczestnictwo i spaloną wachę nie wydaje mi się zbyt dobrym pomysłem. Tym bardziej, kiedy są one mniej trafione. Niewielu jest modelarzy, którzy sklejają wszystko jak podleci. Każdy się specjalizuje w mniej lub bardziej zawężonym przedziale czasowym czy konstrukcyjnym. Kiedy się nie uwzględnia tego, chociażby przez sprawdzenie w jakich kategoriach dany modelarz startował, skutkuje to dziwnymi sytuacjami. Modelarze lotniczy dostają modele albo monografie z zakresu pancerki, pancerniacy tutoriale o kładzeniu powłok lakierniczych na samochody wyścigowe, a okrętowcy zestawy do cieniowania figurek. Może powyższy przykład jest dość ekstremalny, ale nie raz byłem obecny przy tego typu sytuacjach. W Stalowej Woli podobne sytuacje miały miejsce, chociażby u Bartka, który dostał do sklejenia model… kartonowy 🙂 Podśmiechujki w tym temacie kontynuowaliśmy aż do powrotu do Warszawy, bo przecież Bartek przoduje w konstrukcjach lotniczych, więc Spitfire w polskim malowaniu jak najbardziej trafia w jego gusta modelarskie, jednak na sam koniec Ostach dobił go tekstem, że mógł dostać jeszcze mniej trafioną nagrodę i niech się cieszy, że nie dostał kartonowego czołgu.
Rozbawiło mnie również przyznanie jednej z nagród, konkretnie tej od Grupy Archeo z Łasku. Godne pochwały, że jeżdżąc po Polsce wspierają organizatorów innych imprez fundując wyróżnienia „za najciekawszy model lotniczy”. W Stalowej Woli przyznali takie wyróżnienia oddzielnie dla juniora i seniora. Tak się składa, że nagrodę tą, z rąk tych samych wyróżniających, otrzymał, za ten sam model, po raz trzeci, na trzecim konkursie, znów w kategorii seniorów, ten sam co zawsze – Ostach. Serio??? Rozumiem, że to wasza nagroda, wy decydujecie za co ją przyznajecie, ale może już czas zmienić obiekt waszych zainteresowań, zakopać ostachowego F-16 i spojrzeć na inne latadełka?

I jeszcze jedno. Widać, że Stalowa Wola plastikiem i kartonem stoi. A organizatorzy dokładają wszelkich starań, aby nasze piękne hobby rozsławiać, lansować i edukować młodzież od najmłodszych lat. Zorganizowane dla najmłodszych warsztaty modelarskie przyciągnęły naprawdę spore grono milusińskich, którzy uzbrojeni w potrzebne narzędzia z zapałem wycinali, piłowali i kleili co tylko się dało.

zdj65 zdj66Miło widzieć, z jak dużym zainteresowaniem spotykają się tego typu imprezy i jak duże grono osób spoza modelarskiej branży z zaciekawieniem pojawia się na konkursach i festiwalach modelarskich. Wiadomym jest, że nie zawsze wszystko wyjdzie dokładnie tak jak się zaplanowało, lecz pamiętajmy, że wszyscy wspólnie pracujemy na wizerunek polskiego modelarza i przyczyniamy się do rozpowszechniania naszego hobby. By kleiło się lepiej!

*Projekt Manhattan, Projekt Chicago itp. projekty badawcze przyczyniające się do niezbyt pozytywnego rozwoju ludzkości otrzymywały swoje nazwy kodowe. W przypadku Stalowej Woli kilka niedociągnięć na sam koniec wpłynęło na ogólny odbiór imprezy, jednak organizatorzy już poinformowali na forach, że wszystko zostało omówione aby uniknąć podobnych sytuacji w przyszłości. Czego im serdecznie życzymy bo zamierzamy przyjechać na grochówkę ponownie.

Tekst: FAZZY_bez_humoru
Zdjęcia: Tomasz Kalbarczyk

Zameczkowy Festiwal Modelarski – Kielce 2014

Kochany pamiętniczku… nastał początek „wakacji” – ten okres, kiedy komunikacja miejska nie jest już w stanie dowieźć nas punktualnie do fabryki, bo ktoś wydumał, że gimbaza jeździ do szkoły na 7, a skoro teraz nie jeździ, to można obciąć połowę kursów. Konkursów również jak na lekarstwo, na forach jakby spokojniej, a modelarze w zaciszach swoich pracowni przygotowują ciężki oręż do walki o wyróżnienia w kampanii wrześniowej. Niestety fala upałów w tym nie pomaga – jak któryś ma klimatyzowaną modelarnię to niech się przyzna i użyczy!

Kalendarz imprez modelarskich został przewertowany przez Bartka w poszukiwaniu jakiejś imprezy w te i na zad, i postanowiliśmy wyskoczyć przed martwym sezonem na Zameczkowy Festiwal Modelarski w Kielcach.
Druga impreza modelarska w tym zacnym mieście w ciągu roku? Na pierwszej było świetnie, więc czemu by nie… W dodatku termin 28-29 czerwca pokrywał się ze Świętem Kielc, które reklamowało się jako „miasto z pasją tworzenia”.

sk-2014-plakat-new-th
Brzmiało zachęcająco, prawda? W dodatku w wątku forumowym co raz pojawiały się dodatkowe informacje, a to o objęciu patronatu nad konkursem przez prezydenta miasta, a to o dodatkowych nagrodach, o grupach rekonstrukcyjnych, pokazach samochodów RC, patronach medialnych oraz spotkaniu integracyjnym. Jak by to określił niejaki Jakub P. zwany przez Krzysia „misiem o małym rozumku” – weekend zapowiadał się „miodzio”.

Ponieważ od pewnego czasu z Ostachem jesteśmy w separacji… na wyprawę w świętokrzyskie wyruszyliśmy w okrojonym składzie – ja, Bartek i Zenon tankista. Nie przeszkadzało nam to jednak bezczelnie i po kryjomu, bez wiedzy wykonawcy i właściciela załadować auto dodatkowymi modelami w postaci 4 sztuk pancerki w 1/48 i jednego U-boota, któremu odłazi pokład.

W trasę wyruszyliśmy ok. 9tej i nie było to zbyt rozsądne, zważywszy na zwiększony ruch na drogach w pierwszy weekend wakacji. Podziwiając piękne okoliczności przyrody, i żałując, że nie jesteśmy w stanie podrzucić do Krakowa dwóch autostopowiczek (sorry, modele mają priorytet), bez większych przeszkód i emocji dotarliśmy do celu. Nazwa dzielnicy – Białogon –od skróconego „białego ogona” podobno pochodzi od bobrów, ale po głębszej analizie okolicy w poszukiwaniu czegoś dla ochłody, zgodnie stwierdziliśmy, że to raczej od psów szczekających dupami na peryferiach miasta…

Na miejscu konkursu pojawiliśmy się około południa, czyli 2 godziny przed końcem przyjmowania modeli i widok, który zastaliśmy był dosyć zaskakujący… stołów mało, a miejsce na nich zajmowały głównie tabliczki z nazwą kategorii. Niestety nie powiało grozą ani chłodem, co w tak upalny dzień było nader pożądane. Cóż, skoro już tu dotarliśmy, to trzeba to jakoś zapełnić. No i zaczęło się noszenie, ustawianie, wypisywanie 22 kart startowych, a i na sali zrobiło się jak by tłoczniej…

Pojawiło się kilka modeli znanych z innych imprez modelarskich, ale w niektórych kategoriach nadal brakowało konkurentów. Całkiem zgrabny i logiczny podział kategorii konkursowych nie zdał egzaminu w obliczu klęski nieurodzaju w DK „Zameczek”.

Resztę czasu, w oczekiwaniu na oficjalne rozpoczęcie festiwalu spędziliśmy na zewnątrz, w cieniu ścianki wspinaczkowej, podziwiając techniki alpinistyczne tambylców i tambylczyń, i była to chyba największa atrakcja imprezy. Samo otwarcie imprezy też odbyło się bez fanfar, krótkie przywitanie, słowo o patronacie, szumne nazwanie konkursu „ogólnopolskim” bo pojawili się modelarze i z byłej i z obecnej stolicy…

Zapytanie o planowaną imprezę integracyjną zostało przyjęte bez entuzjazmu – być może nie uwzględniono nas w grafiku i nie chciano się z nami integrować. Postanowiliśmy więc, że sami zapewnimy sobie rozrywkę na resztę dnia. Jako, że nie jesteśmy zagorzałymi fanami piłki skopanej, wypytaliśmy autochtonów od wspinaczki jaki stosunek mają „lokalsi” do ludzi z naszych stron, czy nie oberwiemy po daszku za koszulki z syrenką, dostaliśmy namiar na dobre jedzenie i poszliśmy w miasto…

Trafiliśmy na ulicę Sienkiewicza i odbywający się tam Jarmark Sztuki oraz Jarmark Kielecki.


Czyli wszelkiego rodzaju rękodzieło i inne wyroby, których ludzie normalnie by nie kupili, ale na takich imprezach schodzą masowo… przy okazji wypatrzyliśmy kilka „dioram”:

P1180645 P1180649
Po zaostrzeniu apetytu chlebem ze smalcem i ogórkiem postanowiliśmy odnaleźć lokal polecany przez alpinistów. Nazwa „Kojot” zachęcała do spożycia padliny, a klimatyzowane wnętrze było tym czego oczekiwaliśmy po dniu spędzonym pośród tłumu na rozgrzanych kieleckich uliczkach. Po krótkim rozeznaniu w knajpie, przejściu paroma korytarzami, które z powodzeniem mogły by udawać Wilczy Szaniec, zajęliśmy strategiczne miejsce naprzeciwko wyjścia z kuchni. Po złożeniu zamówienia, umilaliśmy sobie czas kontemplując to wiszący na ścianie plakat

plakat bogart
to kręcące się co chwila wydekoltowane kelnerki

kelnerki kojot
Przy okazji wymieniliśmy z Bartkiem krytyczne uwagi odnośnie konkursu i wyraziliśmy nadzieję, że przynajmniej sponsorów i nagród zapowiadali dużo i kto na co ma szansę.

Mógłbym tu napisać o długim oczekiwaniu, o podawaniu dań do stolika w różnych odstępach czasu, braku udzielenia odpowiedzi na zadane pytanie kim jest ten gość za barem, o zimnym jedzeniu i znalezieniu na talerzu włosa jakiejś wąsatej meksykanki. Napiszę tylko, że to kolejny klon knajp typu Sphinx, ceny przyzwoite, porcje duże, ale ogólnie nie polecam…

Po posiłku postanowiliśmy udać się do miejsca spoczynku, a że spodziewaliśmy się zastać tam aparat TV – zaopatrzyliśmy się w niezbędnik kibica czyli chipsy i piwo (teraz nagle fani skopanej? przyp. Ostach). Droga wylotowa z Kielc, okolica nieciekawa, na widok wygolonych na łyso 5-latków z kijami baseballowymi Bartek nawet zamknął okno (jak by go to miało w czymś ochronić), ale rano autko było całe i bezpiecznie dotarliśmy z powrotem na miejsce konkursu…

Na sali nadal nie było szału, obecności grup rekonstrukcyjnych nie stwierdzono (no chyba, że przyszli po cywilu w T-shirtach i krótkich spodniach), autek RC również brak, za to po sali wystawowej ze dwa razy przeleciał mały styropianowy hihopterek. Modele nieznacznie poprzestawiane, żeby zatrzeć braki w niektórych kategoriach. Pojawiła się za to giełda modelarska, która z powodzeniem rozłożyła się… na dwóch parapetach. Oprócz kilku (nie „nastu”) monografii i modeli kartonowych wypatrzyliśmy dwa (słownie 2) modele w skali 1/72 – revellowskiego FW-189 i trumpeterowego jagdpanzera. Cóż, mogło nie być niczego…

W końcu nadszedł długo oczekiwany moment czyli uroczyste zakończenie Pierwszego Festiwalu Modelarskiego o Puchar Prezydenta Miasta Kielce, bo od momentu objęcia patronatu przez prezydenta miasta Zameczkowy Festiwal Modelarski zmienił nazwę. Niestety zdjęcia nie posiadam, ale „puchar” bardziej przypominał wyciosaną z drewna płytę nagrobkową i zdecydowanie wyróżniał się na tle pozostałych nagród. Przy okazji, trzeba przyznać, że władze Kielc rzeczywiście promują pasję tworzenia, gdyż była to już druga objęta przez nich patronatem impreza po ubiegłorocznym Świętokrzyskim Festiwalu Modeli Redukcyjnych, a i w tym roku wrzesień w WDK zapowiada się nader interesująco i patronat został podtrzymany.

Parę słów wsparcia i podziękowań za „liczne” przybycie na konkurs ze strony przedstawicieli władz i organizatorów rozpoczęło ceremonię zakończenia imprezy. Wyczytywanie nazwisk i przyznawanie wyróżnień poszło sprawnie i hurtowo odbierało się dyplomy za kilka kategorii oraz symboliczną statuetkę. Dzięki słabej frekwencji organizatorzy nie rozdali większości trofeów, więc na przyszły rok wystarczy tylko wymienić tabliczki z datą i pula nagród będzie zaktualizowana.

Przy okazji wyszło na jaw, że pomimo pojedynczych modeli w niektórych klasach zostały one rozegrane, co nijak się miało do zastrzeżeń o łączeniu klas w przypadku małej ilości zgłoszeń. Widocznie organizatorom zależało na nagrodzeniu jak największej liczby modelarzy, żeby podreperować w ich oczach wizerunek konkursu. Chociaż z drugiej strony… „jak wszyscy są super, to nikt nie jest…” więc co to za wyróżnienie?

Następnie rozdano nagrody specjalne, wśród których znalazły się puchary za „najlepszy model w kategorii…”. Niestety, tutaj również organizatorzy się nie popisali nagradzając modelarzy, którzy nie mieli z kim konkurować, albo przyznając puchar za ewidentnie słabszy model, bo właściciel tego lepszego został już nagrodzony w innej kategorii… I tu pojawia się pytanie o to kto, lub co jest nagradzane na konkursach i festiwalach modelarskich? Modelarz, który zrobił dobry model czy sam model? I czy nagrodę dostaje się za konkretną pracę czy za całokształt twórczości?

Dodatkowym zaskoczeniem był fakt, że na konkursie miała być przyznana nagroda Top Tomcat, co powinno wskazywać na obecność „piżamowców” z grupy Tomcatsky. Żadnego z nich nie zlokalizowaliśmy w sobotę – zdarza się, mogliśmy się po prostu minąć, ale w niedzielę również na próżno wypatrywaliśmy kogoś w uniformie… Nagrody i tak nie przyznano, bo nie pojawił się na konkursie żaden model spełniający jej kryteria, a i okazało się, że to organizatorzy postanowili „wejść w kompetencje” Tomcatskych i zdublować ich wyróżnienie. Hańba wam i tyle!!!

Poza tym, organizatorzy „wspaniałomyślnie” postanowili ufundować i dołączyć nagrody, które im „nie zeszły” do puli nagród na IV Festiwalu Modeli Plastikowych w Łasku. Szkoda, że termin akurat pokrywa się z II Świętokrzyskim Festiwalem Modeli Redukcyjnych w Kielcach, bo warto pojawić się na obu imprezach… My jeszcze nie wiemy gdzie będziemy, ale przedstawiciele WFM z pewnością gdzieś dotrą…

Pakowanie modeli do samochodu poszło nam sprawniej niż w sobotni poranek, parę dobrych słów na dalszą drogę modelarską i już pędziliśmy rozgrzaną obwodnicą. Po rozczarowaniu konkursowymi niedociągnięciami postanowiliśmy zatrzymać się gdzieś na trasie w celu podreperowania nastrojów… nie, nie na „jagodzianki” czy inne leśne ssaki, ale na porządny posiłek w przydrożnej jadłodajni. Oczywiście wybór padł na schabowego i modrą, niestety ukiszoną, kapustę. Nie pamiętam zawartości talerza Bartka, ale pod posiłek próbowała się podpiąć nader upierdliwa mucha, z którą nie chciał się ani podzielić ani zaprzyjaźnić.

Na szczęście obyło się bez strat w modelach… a po stratach moralnych jeszcze się nie pozbieraliśmy…

Dzień Dziecka w Parku Szczęśliwickim

Są takie dni, w życiu każdego modelarza, że myśli tylko o jednym… Nie, nie o 50% obniżce i wyprzedaży w pobliskim sklepie modelarskim… O ludobójstwie… I nie potrafię określić kto jest większą stonką dla naszego półświatka – dzieci, czy ich rodzice.

A zaczęło się od tego, że kolejną imprezą, na której postanowiliśmy przybliżyć wartości naszego hobby szerszemu gronu ziemskiej populacji, był Dzień Dziecka organizowany przez Urząd Dzielnicy Ochota na stołecznych Szczęśliwicach.

Na start niezbyt fortunnie przydzielono nam miejsce na namiot – z jednej strony plac przed sceną, na której przerośnięty krasnal zachęcał do wspólnej zabawy mniej wyrośnięte krasnale, z drugiej – nasza dzielna Policja, która udostępniła swój radiowóz, a w szczególności sygnały dźwiękowe i aparaturę nagłaśniającą. No dobra, to nie było najgorsze miejsce. Mogliśmy trafić po sąsiedzku na kucyki i prowadzić warsztaty modelarskie siedząc i rzeźbiąc w kucykowym guanie. W każdym bądź razie rozmawiać normalnie się nie dało i pojęcia nie mam na ile zrozumieli nas ludzie, którym wręczaliśmy ulotki WFM – twierdzili, że przyjdą…

Organizator tej imprezy również nie stanął na wysokości zadania… tym razem zabrakło dla nas krzeseł. Obiecane stoły owszem, były, ale ich nazwa nie odzwierciedlała stanu, którego oczekiwaliśmy po ich szumnej nazwie. Nadgryzione zębem czasu i bardzo niestabilne nie zapewniały należnego modelom bezpieczeństwa. W związku z tym, bogatsi o doświadczenia z „Grenadiera”, wyruszyliśmy z Bartkiem na łowy. Trwało to dokładnie tyle ile miało trwać, a 3 zwycięskie rundy po terenie parku sprawiły, że stoisko WFM wzbogaciło się o trzecią niepewną ławkę i 4 bardzo pewne krzesła.

Oczywiście, nie zdążyliśmy jeszcze się rozstawić, a już pierwsi zainteresowani zaczęli zaglądać nam w pudła licząc na jakieś darmowe fanty. Po ćwiczeniach tydzień wcześniej, wypakowywanie modeli z pudeł i tworzenie wystawki idzie nam coraz sprawniej. Jak zamkniemy się w 10 sekundach zaczynamy szukać roboty w jakimś pit-stopie F1. Później niestety zainteresowanie opadło, większość ludzi tylko z daleka rzucała okiem ciągnięta przez progenitury w kierunku sceny. Na szczęście (a niektórzy na nieszczęście nasze i modeli) wracali później oglądać z bliska, bardzo bliska i ręcami…

Cóż, nasze hobby nadal traktowane jest pod szyldem „żołnierzyków, samolocików i zabaweczek”, co niestety przekłada się na brutalne traktowanie modeli. Mimo tabliczek, które zostały użyte na „Grenadierze” i odniosły niemały sukces, nie obeszło się bez strat. Maluchy potrafiły podejść i oglądać z rękoma założonymi do tyłu, czasami pokazywały palcem i zadawały pytania, czasami nawet bez upomnień ze strony opiekunów. Starsze dzieciaki, które pojawiły się na imprezie w towarzystwie rówieśników i bez nadzoru dorosłych, niewątpliwie posiadały umiejętność odczytywania słowa pisanego, miały jednak problem z wychwyceniem sarkazmu i albo dopytywali o treść tabliczek albo dostawali po łapach. Za to dorośli z premedytacją i w pełni świadomie lekceważyli informacje i bez krępacji potrafili wziąć do ręki model albo popukać w niego palcem. Cóż… społeczeństwo daje się wychować… a metodą najskuteczniejszą jest w tym przypadku metoda kija i rzepy. Tak, rzepy, a nie marchewki… a jak ktoś nie rozumie, to pewnie dlatego, że jeszcze nigdy w życiu nie dostał rzepą po jajach…

Koleją „atrakcją”, która dała nam się we znaki na Szczęśliwicach był wiatr… O ile tęskniliśmy za nim w upalny weekend tydzień wcześniej, to tym razem było go aż w nadmiarze i miotał jak szatan naszym namiotem. Ponieważ przydzielona została nam miejscówka na wybetonowanym placu, nie było możliwości zakotwiczenia namiotu do gruntu. Rollup został przywiązany do namiotu aby nie odfrunął, a ja i Darek znaczną część imprezy spędziliśmy stojąc przy słupkach i dociążając całą konstrukcję. Mimo wszystko były to całkiem dobre lokalizacje do kolportażu ulotek i zachęcania do odwiedzenia WFM.
Jednocześnie mieliśmy niezły widok na pobliskie atrakcje. Długą, wijącą się i drącą małe japy kolejkę do radiowozu, który co prawda redukował drące japy do jednej sztuki, ale akurat do tej, która dorwała się do nagłośnienia. Furorę robiły również policyjne akcesoria: pejcze, kajdanki, tonfy i inne sprzęty zapewniające moc uciech kibicom drużyn piłkarskich, a uprzejma pani policjantka pomagała przymierzać prawie wszystko co się dało przymierzyć. Zdziwił mnie tylko gość, który trzymając na rękach może półtoraroczną córę (albo chłopca w kokardkach, bo to teraz modne i równouprawnienie jest), wsadził jej w łapkę tonfę, a następnie kazał się żonie fotografować… I niestety bardzo żałuję, że nie zdążyłem zrobić zdjęcia wygolonemu na łyso karkowi, w szykownych spodniach z lampasami i literką L w białym kółku. Wyglądał naprawdę zabójczo w policyjnej kamizelce szturmowej, w kasku, z tarczą i pałką do pacyfikowania tłumów jemu podobnych. Do kompletu brakowało mu tylko koszulki w klimacie HWDP, a zdjęcie zrobiłoby furorę na forach łysych entuzjastów piłki kopanej po żebrach.

Jako jeden ze „sponsorów” imprezy, mięliśmy ufundować dla dzieciaków nagrody w konkursie plastycznym. Przeznaczyliśmy na ten cel 2 książki oraz 2 modele. Jednak organizacja zawiodła – konkurs odbył się inaczej niż nas informowano, a my nawet nie mogliśmy zdecydować, które prace chcielibyśmy nagrodzić… Ba, nawet nie było nam dane żadnych obejrzeć, a wiadomo, że modelarze mają wysoce rozwinięty gust i artystyczne postrzeganie świata i sprawiedliwie oceniliby zaprezentowane prace.

No i nasze dobre chęci nie zostały przez nikogo docenione, kiedy z Bartkiem, uzbrojeni w skalpele, chcieliśmy na koniec imprezy pokazać dzieciom jak wygląda kucyk od środka…
A potem wkurzeni, licząc straty i uszkodzenia modeli wróciliśmy do domów…

tekst i zdjęcia: FAZZY_bez_humoru

Eins, zwei…Polizei, Drei, vier… GRENADIER!!!

IX Warszawski Konwent Gier Strategicznych GRENADIER właśnie się skończył… No dobra, parę godzin temu, ale emocje i słońce jeszcze mnie grzeją… Oczywiście, my jako WFM byliśmy tam, aby wśród pasjonatów rekonstrukcji i gier planszowych krzewić ideę modelarstwa redukcyjnego.

Imprezę zaczęliśmy w sobotę stawiając się na miejscu w samo południe (albo chwilę po, bo były korki). Z racji niemiłosiernego upału byliśmy wdzięczni organizatorowi, który przydzielił nam miejsce na namiot w dosyć zadrzewionym terenie, i tylko odliczaliśmy czas do zacienienia. Niestety gorzej sprawa się miała z możliwością ekspozycji naszego hobby. Brakowało stołów, które od rana były zaanektowane do planszówek. Nie wiedzieliśmy co robić, jednak bezczelne wejście do głównego namiotu sprawiło, że staliśmy się bogatsi o 6 krzeseł, a po parunastu minutach kolejne natarcie doprowadziło do aneksji stołu. Wypakowaliśmy więc modele i przy naszym stoisku zaczęli się pojawiać pierwsi zaciekawieni. Ponieważ Damian był wyjątkowo mało rozmowny i odstraszał potencjalnych gości 2.WFM zaopatrzyliśmy go w pokaźny plik ulotek i wysłaliśmy w teren w roli małoletniej hostessy. Oczywiście przepadł na pół dnia bo, jak się później okazało, spotkał znajomych z grupy rekonstrukcji historycznej. Wcale nam to nie przeszkadzało, gdyż niańczenie rozwydrzonego nastolatka nie jest naszym ulubionym hobby, a i w namiocie było jak by chłodniej…

Po sąsiedzku trafił nam się namiot First to Fight z całkiem pokaźną wystawką gotowych modeli. No i mieliśmy okazję obejrzeć obrzydliwie wyciętego z ramek, ze śladami po łączeniach form, ale złożonego do kupy Renaulta FT-17, Panzerkampfwagena III oraz niemiecką piechotę :).

Upał był nieznośny, więc próbowaliśmy się zaszyć w głębi namiotu, jednak nasze stoisko było tak oblegane, że zamiast co chwilę podrywać tyłki, staliśmy dzielnie w pierwszej linii tuż za modelami i agitowaliśmy na całego. Ulotki znikały aż miło, dzieciaki zachwycały się modelami, a dorosłych w wesoły nastrój wprawiał widok kartek z informacją „Dotykanie modeli powoduje ból zębów/nosa”. Prawdopodobnie dzięki temu odbyło się bez strat, chociaż parę razy polerowaliśmy gablotę chroniącą U-boota z odcisków małych łapek, raz z odcisku psiego nosa i raz ze śliny jakiejś nienasyconej dziewoi.

Sobota, jako pierwszy dzień Grenadiera, obfitowała w zdecydowanie lepsze efekty pirotechniczne oraz większą ilość sprzętu. W niedzielę zabrakło niestety czołgu FT17 oraz 3 tankietek, a goliat, który w sobotę mało nie raczył się sp…aść z paki podczas załadunku również nie pojawił się następnego dnia.

Oprócz doznań wizualnych oraz dźwiękowych organizatorzy grenadiera postarali się o zapewnienie doznań smakowych. Niestety ta część imprezy nas zawiodła. Albo z niewiadomych przyczyn pani sprzedająca pieczone ziemniaki nie chciała nas nakarmić zbywając pod różnymi pretekstami (nie dowieźli jeszcze ziemniaków/nie umiem rozpalić pieca/właśnie wszystkie wyszły/proszę przyjść za pół godziny). To trzykrotne ostrzeżenie powinno dać nam do myślenia – zakupiony wreszcie ziemniak nie spełnił swojego zadania i tylko bardziej zaostrzył apetyt. Rozejrzeliśmy się za innym źródłem zasilania…

Jeżeli jeszcze nie wiecie – WOJSKOWA GROCHÓWKA TO ŚCIEMA!!! Pojęcia nie mam, co robią w wojsku kucharze, skoro od ładnych paru lat wojsko nie gotuje grochówki tylko zapewnia ją zewnętrzny catering. Zdobyczny czerwony kartonik zachęcał do skonsumowania” sobotniego gorącego posiłku”… Jego zamiana na plastikową miseczkę wypełnioną podejrzaną cieczą odbyła się w całkiem przyjemnej atmosferze urozmaicanej zapytaniem o dodatki w postaci pieczywa i wielkość serwowanej porcji. Do wyboru były dwie – średnia i duża, a ponieważ widok posiłku nie wzbudzał zaufania poprosiłem o mniejszą… Faktycznie – była „średnia” i powinna nazywać się „krupnik, bo zabrakło grochu”, a dwa kawałki boczku czy innej pseudowędzonki to skandal!!

W pewnym momencie nasz apetyt dosyć intensywnie pobudził świdrujący nosy zapach musztardy i zachciało nam się czegoś z grilla, jednak Prusacy w maskach przeciwgazowych i kłęby żółtego dymu dosyć szybko oddalili tę perspektywę.

WFM dziękuje Bartkowi Stawskiemu, za pomoc i promocję modelarstwa, i którego kontrowersyjne egg-panzery wzbudzały ogromne zainteresowanie i zachwyt wśród zwiedzających 🙂

tekst: FAZZY_bez_humoru,

zdjęcia: M. Schmetterling, FAZZY_bez_humoru

XI MFPMR Bytom 15-16.3.2014

Być w Bytomiu i nie zjeść schabowego z modrą kapustą, to jak pojechać do Paryża i nie widzieć krzywej wieży… Czy jakoś tak… W każdym bądź razie pierwsza wzmianka o schabowym pojawiła się w okolicach wyjazdu z Warszawy i przewijała się przez całą podróż i pobyt na terenie Silesii.

Pakowanie modeli w deszczu poszło szybko i sprawnie, i tutaj muszę pochwalić Damiana – po raz pierwszy dostarczył modele porządnie zabezpieczone i spakowane w jedno pudło.

Trasa do Bytomia przebiegła w miłej atmosferze – w strugach deszczu i gradu Ostach popierdalał swym wehikułem jak mała motorówka, a rozmowy o modelach i oczekiwaniach co do konkursu przerywały błagalne westchnięcia o schabowego.

Co prawda znajomość topografii Bytomia i umiejętność czytania mapy pozwoliła nam trafić do celu bezbłędnie, lecz nadaremno wypatrywaliśmy znaków drogowych ze wskazówkami dojazdowymi na konkurs, którymi byliśmy zachwyceni podczas poprzedniej edycji. Za to wjazd na Szombierki dumnie oznaczony był billboardem reklamującym XI. Międzynarodowy Festiwal Modelarski – zrobił na nas wrażenie.

Zacumowanie zajęło Ostachowi bagatela 15 minut – bynajmniej nie z powodu braku umiejętności podchodzenia do nabrzeża – rozmach i ranga konkursu w Bytomiu ściąga naprawdę tłumy i poszukiwanie miejsca parkingowego chwilę nam zajęło. Za to radości z powitań i wymiany serdeczności z pozostałymi uczestnikami festiwalu nie było końca.

Po wejściu na halę… opad szczeny… stołów więcej niż rok temu, modeli też, jak się później okazało – pobity kolejny rekord w ilości zaprezentowanych miniatur. Podlatuje wyszczerzony Chrupek i nakierowuje nas na rejestrację. Wszystko szybko i sprawnie – podać nazwisko, odebrać kopertkę a potem najtrudniejsze – dotrzeć do stołów i ustawić modele. Z racji rozreklamowania imprezy – tłum nieprzebrany, ciężko między stołami się przeciskać bo każdy chce wszystko zobaczyć, każdy się czai z aparatem, a aparacie paski dyndają niebezpiecznie blisko modeli.

Od przyjazdu w okolicach południa przez dobre 5 godzin łaziliśmy po hali oglądając modele i buszując na giełdzie, a i tak nie byliśmy w stanie obejrzeć wszystkich modeli. Przy okazji wizyt na stoiskach klubowych odświeżaliśmy znajomości i agitowaliśmy ulotkami Warszawskiej Fiesty Modelarskiej.

Reakcje były bardzo pozytywne, pytania o termin i pochwały miejsca oraz deklaracje przyjazdu. Co prawda rozmachem daleko nam jeszcze do Bytomia, ale będzie trzeba przyszykować więcej stołów.

Ostach, jako autor plakatów i ulotek miał takie parcie na rozreklamowanie Fiesty, że wymógł na nas oblecenie parkingu i powtykanie ulotek za wycieraczki… a szczytem kampanii reklamowej WFM była jego wspinaczka i zatknięcie ulotki za wycieraczką SKOTa.

Raj dla modelarzy jest jednocześnie piekłem dla modelarskich portfeli… Giełda jak zwykle dopisała, a wśród nowości można było wyszukać zabytkowe perełki. Naszą uwagę przykuły zaginarki do elementów fototrawionych i zestawy do wybijania nitów i śrub z RPTOOLZ. Po dłuższym zachwycie – krótkie negocjacje i wszyscy są szczęśliwi (przyznaję się, że do tej pory nie zdążyłem przetestować swojej zaginarki).

Małe zakupy zrobiłem również na stoisku z farbami – nowa marka farb akrylowych oferowała dosyć ciekawe zestawienia kolorów w wersji pod pędzel i do aerografu, a do ostatecznego zakupu skusiły mnie firmowe krówki z logo lootpile.eu.

Głodni wrażeń i z pustymi żołądkami postanowiliśmy się posilić, lecz oblegany „sklepik szkolny” oferujący co najwyżej podgrzaną w mikrofali zapiekankę skłonił nas do skierowania kroków nieco dalej. Razem z przedstawicielami grupy TOMCATSKY udaliśmy się do zareklamowanej przez organizatorów kebabowni… I to był błąd… Naburmuszone dziewczę, będące hybrydą kelnerki, kucharki i pani Jadwigi z baru mlecznego (ah… ten zarost) obdarzyło nas niechętnym spojrzeniem i z rezygnacją przystąpiło do spisywania zamówień. Nie mam pojęcia w jakim celu, gdyż nasze prośby odnośnie składu potraw nie zostały uwzględnione, nie mówiąc już o oczekiwaniach co do gabarytów oraz smaku posiłku.

Nadal pragnęliśmy schabowego… (no może nie wszyscy, niektórzy zadowolą się byle czym…) lecz powróciliśmy na halę kontynuować rajdy po giełdzie oraz wśród stołów konkursowych. Nogi właziły nam w miejsce, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę więc postanowiliśmy udać się w miejsce spoczynku. Początkowy entuzjazm Ostacha na widok kamienicy z luziowymi nadprożami i parapetami osłabł, gdyż jest to typowe malowanie familoków, a nie oznaczenie domu uciech. Mimo wszystko z lekką niepewnością zadokowaliśmy w noclegowni mając w pamięci scenariusze serii „Hostel”. Trafił nam się luksusowy apartament z 5 łóżkami, tv kablową i dostępem do wifi, którego nikt nie łapał (ja złapałem – przyp. Ostach). Zrzuciliśmy z siebie ciężar dnia po czym ruszyliśmy na rynek w celach konsumpcyjnych. Ponieważ nie mieliśmy odwagi wejść do mordowni, w której biesiadowaliśmy rok wcześniej z autochtonami – udaliśmy się (w końcu!!!) na schabowego z modrą kapustą do niewielkiej knajpki. Lokalizacja była już przetestowana więc wiedzieliśmy, że za 8,99 dostaniemy dokładnie to czego szukamy… Tia… akurat… Jak ktoś ma pecha to i w d*pie palec złamie… Schabowy jest… zamiast kapusty buraczki… No wizualnie prawie można było dać się oszukać. Piwo było na miejscu, więc rozmowy przy kotlecie przeciągnęły się do 23ciej kiedy to przesympatyczna kelnereczka poinformowała, że kuchnia już niestety zamknięta (odmówiła też Fazzy’emu trzeciego kotleta – przyp. Ostach) i zaraz zamykają lokal. 4 godziny wspólnego biesiadowania wypełniły wspomnienia konkursów, modelarzy i pamiętnych modeli, a o ich efektach niedługo poinformujemy w zapowiedziach drugiej edycji WFM (pozdrowienia dla Kamila z Łodzi – przyp. Ostach).

Pobudkę w niedzielny poranek zainicjowały trzy czerwone serie nad tamą czyli „Czterej Pancerni i Pies” w telewizornii, a widok rosyjskich czołgów w kamuflażu, z balkenkreuzami i z lufą na podporze szybko nas otrzeźwił. Powstał nawet niecny plan wykonania takiego modelu wraz z załączeniem kadrów filmowych jako dokumentacji, ale to mimo wszystko nie nasze kółko zainteresowań i dalej będziemy tłukli schwabenpanzery (ja tam wolę samoloty w 1:48 – przyp. Ostach).

Drugi dzień festiwalu przyniósł jeszcze więcej emocji. Na stołach można było już znaleźć oznakowane wyróżnieniami modele. Część z nich widzieliśmy już w sobotę i szykował się niemały skandal modelarski na skalę krajową. Planowaliśmy rozkręcić bardachę ale na szczęście karta startowa pod dioramą Damiana została wydrukowana ponownie i wszelkie ślady pieczątki z wyróżnieniem zniknęły z niej bezpowrotnie. Pozostałe werdykty sędziowskie satysfakcjonowały nas na tyle, że z powodu bolących kończyn dolnych zasiedliśmy na trybunie i grzecznie oczekiwaliśmy zakończenia imprezy. Przy okazji uniknęliśmy tłumu, który kłębił się przy stołach i pakował swój dobytek.

Samo zakończenie imprezy trwało straaaasznie długo, ale jest to zrozumiałe ze względu na liczbę modeli, liczbę wyróżnień i nagród specjalnych, a najdłuższe zdanie świata zaczynające się od słów „a oto nasi sponsorzy…” o dziwo zostało skrócone do minimum. Emocje towarzyszyły odczytywaniu nagrodzonych przez cały czas, ale prawdziwą burzą braw został nagrodzony młodzik, który po odebraniu dyplomu i medalu wskazał palcem na leżące na stole pudła z modelami i… wrócił na miejsce bogatszy o nagrodę rzeczową 😀 (negocjować trzeba zawsze i wszędzie 😛 – przyp. Ostach)

Po zakończonej ceremonii odsiedzieliśmy jeszcze chwilę na trybunach ciesząc ręce i oczy zdobytymi trofeami po czym zabraliśmy swoje prace z opustoszałych już stołów. Podziękowania i pożegnania przeplatały się z deklaracjami spotkań na najbliższych imprezach modelarskich w innych zakątkach kraju. Łez nie stwierdzono.

Z racji skąpego śniadania planowaliśmy stanąć gdzieś na popas. Wybór padł na podupadły zajazd gdzieś przed Częstochową i… trafiliśmy w dziesiątkę! Schabowy z ziemniakami i surówki. Noszkrówa! Najwyższy czas! Tak rewelacyjnego kotleta dawno nie jadłem. A że Ostach i Bartek niemrawo zabawiali się z zawartością talerzy – zdążyłem obskoczyć jeszcze deser… czyli drugiego schabowego i górę modrej kapusty.

Usatysfakcjonowani posiłkiem, walcząc z ogarniającą nas sennością po jakże zacnym posiłku wyszliśmy na deszcz i skacząc między kałużami przykleiliśmy na bagażnik ekipy z Inowrocławia nalepkę promującą wędkarstwo elektryczne po czym wcisnęliśmy gaz do dechy. Po wyjechaniu z województwa w którym piździ, pogoda zmieniła się momentalnie i przez pozostałą część trasy towarzyszył nam la Luna del Cacciatore.

Po festiwalu w Bytomiu strat w modelach nie stwierdzono. Dziękujemy i zapraszamy do nas.

Zdjęć nie mam, a dyskusje odnośnie sędziowania i tego co kto komu i w co może wsadzić są na forach 😛 (zdjęcia będą moje 😛 – przyp. Ostach).

FAZZY_bez_humoru

Targi, targi…

Noc była czarna jak sumienie faszysty… kiedy Ostach załomotał do mych drzwi we wczesnych godzinach porannych… Mżawka, dwa kursy do auta  i upychanie nogą modeli w bagażniku oraz na tylnym siedzeniu. Po Bartka Stawskiego pojechaliśmy z nadzieją, że nie przekracza wymiarów standardowego nastolatka, a później na miejsce czyli Arkady Kubickiego pod Zamkiem Królewskim w Warszawie.

Po uprzejmych negocjacjach z ochroną obiektu, pan strażnik raczył podnieść patyk i zajechaliśmy… po czym kazano nam przeparkować auto bo „tu nie wolno stawać”.

Piękne ceglane sklepienie… długi rząd stoisk… targamy pudła… i jesteśmy pod numerem 30.

zdj4

Sąsiedzi już zapełnili wąskie półki, naprzeciwko nas rozkładają się Polskie Gry Planszowe z uroczą blondyneczką z Centusiowa… później zapoznamy się bliżej… i przyjdzie podziwiać nasz „salceson”, a my pobawimy się ich Grunwaldem.

Ostach zawzięcie poleruje gablotę z U-bootem, który finalnie ląduje na górnej półce. Jedynej, na tyle szerokiej, że pomieści modele. Resztę wystawiamy na ladę oraz szafkę – późniejsze relacje ze zwiedzającymi będziemy nawiązywać zaczynając od „prosimy tutaj… z bliska więcej widać”. No może oprócz jednej, która zaczęła się od pobladnięcia Ostacha kiedy jego Jagdpantera wykonała backflip w rękach jakiejś sędziwej niewiasty rodem z Transylwanii. W trybie pilnym wyprodukowaliśmy tabliczkę o niedotykaniu, a Ostach z wdziękiem automatycznej sekretarki powtarzał monotonnie „oglądamy tylko oczamy”.

Ponieważ dosyć dużym zainteresowaniem cieszyła się wystawiona na pierwszy ogień diorama z balonem, Ostach ze smutkiem w oczach odgrażał się, że następnego dnia na ladzie postawimy U-boota. Na szczęście jego niecny plan spalił na panewce, albowiem w piątek odwiedził nas Wojtek Strojek z paroma modelami. Zaanektował ladę i wystawił pokaźną dioramą z fragmentem linii kolejowej, dioramę ze stanu wojennego i współczesne pojazdy gąsienicowe (Abrams jest super! – przyp. Ostach). I chociaż balon powędrował na tyły, a z przodu znalazło się miejsce dla ostachowego Hellcata to Ostach pozostał osowiały… (pewnie knuł na następny dzień).

Sobota obrodziła dzikimi hordami zwiedzających. I chyba właśnie na ten dzień czekał Ostach – wreszcie wyeksponował swojego U-boota na ladzie. I sądząc po ilości linii papilarnych odciśniętych na gablocie chroniącej pływadełko, budził niemałe zainteresowanie.

Promując wśród gawiedzi nasze zacne hobby wyłożyliśmy na stoisku ulotki z kontaktem oraz datą i miejscem II Warszawskiej Fiesty Modelarskiej. Przez trzy dni 400 sztuk rozeszło się błyskawicznie.

Przy okazji zaobserwowaliśmy dziwne zjawisko. Starsi przedstawiciele fauny odwiedzającej targi brali wszystko jak leci, chodzili z naręczami gadżetów reklamowych i zaglądali na nasze stoisko licząc chyba na darmowe modele. Młodsi zaś brali ulotkę do ręki i… odwracali ją, czy aby nie zaplątał się tam kupon na darmową kawę, zniżka do sexshopu albo chociaż noseart z pinupową panienką… po czym rozczarowani odkładali na miejsce. Pomni tych zachowań zaczęliśmy reglamentować ulotki, wręczając je osobom bardziej zainteresowanym tematem oraz proszącym o kontakt.

Niebagatelny udział w stoisku nr 30 na Targach Książki Historycznej miał również Tomek Mańkowski (przedstawiciel znanego i lubianego sklepu modelarskiego MARTOLA), któremu również promocja modelarstwa na sercu leży. Jego zacne spojrzenie i sumiasty wąs budziły zaufanie, a rzetelne odpowiedzi na temat modeli i możliwości ich pozyskania – ciekawość wśród zwiedzających.

Dodatkową atrakcją naszego stoiska była 125 watowa lampa fotograficzna, którą doświetlaliśmy sobie stół warsztatowy. I chociaż na prośbę pani ze stoiska 50 metrów dalej, której podobno wypalała gałki oczne (ciekawe jak do nas trafiła), zamontowaliśmy ją trochę niżej, blask bijący od stoiska Warszawskiej Fiesty Modelarskiej przyciągał coraz to nowych ciekawskich..

Tak trafiła do nas ekipa kanału TVP Historia, początkowo narzekając, że źle im plan doświetlamy. Po krótkiej wymianie zdań górę wzięła redaktorska ciekawość i zaczęły się pytania, kto, co po co i jak to… Z pomocą nadszedł znany szerszemu gronu braci modelarskiej niejaki Kamil Feliks Sztarbała, który świetnie odnajduje się w mediach, a jego słowotok podpadł gustom ekipy telewizyjnej. Padły słowa uznania „O, pan dobrze gada.. zrobimy panu setkę” i KFS wypłynął na szerokie wody dając upust swej chęci promowania modelarstwa w coraz to szerszych kręgach.

Ciekawostką i sporym zaskoczeniem dla nas były wizyty małoletnich przedstawicieli naszego gatunku. Około 5-cio letni brzdąc, który wyrwał się spod opieki rodzicieli dopadł do naszego stoiska z okrzykiem „faaaaaaaajne czołgi”. Po czym, ku naszemu zdziwieniu, przyglądając się z fascynacją hetzerowi, stugowi i jagdpanterze, zreflektował się i stwierdził „a nie, działa pancerne” . I chociaż zniknął tak szybko jak się pojawił, zapadł głęboko w naszej pamięci. Nie wiemy z kim przyszedł na targi, nie wiemy jak duży wkład w jego edukację wnieśli twórcy gry World of Tanks, ale rodzicom serdecznie gratulujemy infanta.

IMG_1232

Same targi to niekomercyjna impreza o charakterze promocyjno-informacyjnym. Oprócz stoisk wydawniczych i antykwarycznych były spotkania autorskie, promocje książek oraz pokazy filmowe. W sobotę i niedzielę, chociaż pogoda nie dopisała, przed Arkadami pojawiły się grupy rekonstrukcyjne i można było sobie strzelić.. chociażby z łuku.

Z naszego punktu widzenia był to czterodniowy dzień dziecka 😀 Ogrom książek, albumów, dokumentacji i monografii w jednym miejscu, że z powodzeniem w ciągu paru godzin można przepultać całą pensję. Stoiska zachęcały do kupna zniżkami od 10 do nawet 75% a część księgozbioru wyprzedawali za symboliczne 5 PLNów. Oprócz nowości można było wygrzebać prawdziwe perełki w antykwariatach oraz na stoiskach zagranicznych wydawców więc całą imprezę zaliczamy do atrakcyjnych pod tym względem.

Nasze stoisko również cieszyło się popularnością, a z rozmów z odwiedzającymi wywnioskowaliśmy, że 3/4 społeczeństwa to modelarze, jeżeli nie obecnie, to w przeszłości. Oczywiście  zdarzało się, że ktoś, widząc brak książek na półkach, z pogardą rzucał uwagi o zabawkach. Ostach reagował bardzo stanowczo, podstępnie wciągając przeciwnika w dyskusję, a następnie paroma trafnymi spostrzeżeniami uczył szacunku i pokory dla naszego wspaniałego hobby.

Niestety nie jestem w stanie określić co robi na targach książek historycznych część społeczeństwa dotknięta analfabetyzmem wtórnym. To, że nie stosują się do tabliczek „nie dotykać eksponatów” albo „nie deptać trawy” wielu z was obserwowało w muzeach, na konkursach modelarskich bądź trawnikach przed domem… ale czym do cholery kieruje się człowiek drapiący paznokciem szachownicę na skrzydle Karasia???? Liczył na to, że uda się zdrapać?

Poza tym, upomnienia słowne wywołują szereg reakcji… od głupawego uśmiechu i dalszych prób dotknięcia… po potok słów „muszę dotknąć… ale ja chcę” aż po… nałożenie klątwy..(też się zdziwiłem).

No więc kończę albowiem czarny kot miaukną po trzykroć.. Czas zawiązać na ramieniu czerwoną przędzę i udać się na spoczynek…

tekst: FAZZY_bez_Humoru

zdjęcia: Fazzy, Ostach, Darek

Ekipa WFM dziękuje serdecznie osobom, które przyczyniły się do promocji modelarstwa na naszym stoisku:

Kamilowi Feliksowi Sztarbale za przywiezienie super modeli aż z Krakowa! Kamil przyjechał do Warszawy tylko ze względu na nasze stoisko na Targach chcąc promować modelarstwo.

Bartkowi Stawskiemu za wystawienie świetnych modeli z IWŚ i świetnego Karasia, który był chyba drugim najczęściej oglądanym modelem na stoisku. Dziękujemy również za pokaz warsztatowy – wykonanie całego kokpitu Stukasa.

Wojtkowi Strojkowi za wystawienie wielu świetnych modeli oraz pokaz brudzenia wagonów kolejowych w skali H0 oraz za rozrzewnione spojrzenia zwiedzających oglądających dioramę kolejową i tę ze stanu wojennego.

Tomkowi Mańkowskiemu, który się nie zapowiadał, a po prostu przyszedł i był z nami i cierpliwie udzielał informacji co, jak, dlaczego i o co chodzi w modelarstwie.

Konkurs malarski Hussar – Warszawa – 19.10.2013

19 października 2013 w Domu Kultury Rakowiec przy ul. Wiślickiej 8 w Warszawie w ramach „Weekendu z fantastyką” odbyła się IV edycja polskiego konkursu malarskiego Hussar. Informację o tym wydarzeniu otrzymałem od Ostacha na 2 dni przed konkursem, a że daleko akurat nie było to zawędrowałem tam, aby poznać trochę inny kawałek modelarskiego półświatka…

Dodatkowo prosty regulamin i zasady tego jednodniowego konkursu sprawiły, że postanowiłem zabrać ze sobą część mojego dorobku.. a co? Jak już iść w nieznane to uzbrojonym i niebezpiecznym.. Towarzystwa dotrzymała mi winieta „DieSchlachtung” startująca w kategorii dioram oraz mała czerwona kopareczka „Menck 154” groźnie wymachując swoją kulą w kategorii machin wojennych.. (Wszystko jak najbardziej zgodne i odpowiednio dobrane wg. regulaminu)

Na wejściu lekkie zdziwienie.. gdyż salą wystawową nie okazała się być główna sala domu kultury, lecz dosyć skromne pomieszczenie. Uwagę od razu przykuwały stoły z gablotami z plexy, w których co chwila pojawiały się nowe modele oraz niewielka kolejka do stanowiska przyjęć na konkurs. Szybka wycieczka wzdłuż gablot i pierwsze wrażenie pt. „to nie mój świat, wracam do domu..” ale nie.. wśród orków, goblinów i innych ras pojawiają się swojsko wyglądające modele.. niemiecki oficer, jakaś cycata lasencja z jataganem, wylegująca się w błocie niemiecka pantera..

Nieśmiałe podejście do stanowiska przyjęć i ulga po usłyszeniu „jaka fajna czerwona.. dawaj ją w machiny wojenne”.. szybkie wypełnienie kart startowych i moje modele trafiają do fotografa, który każdy przyjęty na konkurs i wystawę model profesjonalnie uwiecznił w formacie cyfrowym. Po chwili razem z pozostałymi zawodnikami i zwiedzającymi oglądałem swoje prace po drugiej stronie plexy..

Równolegle z wystawą konkursową odbywała się giełda modelarska, konkurs Speed Paintingu oraz warsztaty malarskie prowadzonych przez Karola Rudyka (jednego z najlepszych polskich malarzy figurkowych) oraz Julio Cabosa (tego z firmy Andrea Miniatures).

Z tego co się dowiedziałem z rozmów z innymi uczestnikami, czwarta edycja imprezy była bardzo udana i przede wszystkim dużo bardziej oblegana niż poprzednie. Zjechali malarze figurkowi z całego kraju, a także, po raz pierwszy w takiej ilości, goście z zagranicy. Do konkursu zgłoszono 114 prac, a pozostałe wypełniły dodatkowo dostawione gabloty pozakonkursowe.

Głównym zwycięzcą konkursu, który otrzymał husarską szablę oraz bilet lotniczy na konkurs CrystalBrush w Stanach Zjednoczonych został Stefan Johnsson za pracę Rhinotaurus.

Zdjęcia z imprezy poniżej:

FAZZY_bez_humoru